
Mike ze smutkiem pokręcił głową, gdy Alvin zapytał, czy miał okazję porozmawiać z Jacksonem.
— Och, zaprosił mnie na pokoje, jeśli o to ci chodzi. Ale rozmowa sam na sam… nie, raczej nie. Widzisz, Andy Jackson może i jest prawnikiem, ale zna rzeczne szczury i moje nazwisko coś mu przypomniało. Dawna reputacja ciągle mnie prześladuje, Alvinie. Przykro mi.
Alvin uśmiechnął się tylko i machnął ręką.
— Przyjdzie taki dzień, że prezydent się z nami spotka.
— To zresztą i tak byłoby przedwczesne — zauważył Verily. — Po co walczyć o nadanie ziemi, jeśli nie wiemy nawet, do czego ją wykorzystamy?
— Właśnie że wiemy — odparł Alvin, bawiąc się w dziecinne przekomarzania.
— Właśnie że nie. — Verily uśmiechnął się szeroko.
— Mamy zbudować miasto.
— Nie. Mamy nazwę dla miasta, ale nie mamy planu czy nawet idei miasta…
— To miasto Stwórców!
— Cóż, byłoby miło, gdyby Czerwony Prorok wyjaśnił ci, co to znaczy.
— Pokazał mi wszystko we wnętrzu wodnego gejzeru. Nie wiedział, co to znaczy, tak jak i ja nie wiem. Ale obaj widzieliśmy miasto zbudowane ze szkła i pełne ludzi. Samo miasto uczyło ich wszystkiego.
— A w tym całym widzeniu nie usłyszałeś może jakiejś wskazówki, co właściwie mamy ludziom mówić, żeby przyszli i pomogli nam w budowie?
— To znaczy, jak rozumiem, że ty też nie osiągnąłeś tego, co zaplanowaliśmy? — domyślił się Alvin.
— Och, przeglądałem księgi w Bibliotece Kongresu — zapewnił Verily. — Znalazłem wiele odniesień do Kryształowego Miasta, ale większość wiązała się z hiszpańskimi zdobywcami, którzy uważali, że ma ono coś wspólnego ze źródłem młodości albo z Siedmioma Miastami Cebuli.
— Cebuli? — zdziwił się Arthur Stuart.
— Jedno ze źródeł błędnie uznało indiańską nazwę „Cibola” za hiszpańskie słowo oznaczające cebulę. Pomyślałem, że to zabawne. Ale trafiałem na same ślepe zaułki. Mimo to są tam interesujące dane, których jednak nie potrafię rozsądnie zinterpretować.
