
Zamknął notatnik, a obserwatorzy opuścili teleskopy.
Siódma trzydzieści osiem. Piątkowy ranek.
O SIÓDMEJ trzydzieści dziewięć, prawie pięćset kilometrów na północny wschód, Jack Reacher opuszczał motelowy pokój przez okno. Jeszcze przed minutą był w łazience i mył zęby. A minutę wcześniej otworzył drzwi, żeby sprawdzić temperaturę o poranku. Zostawił drzwi otwarte. W łazience znajdowało się zamocowane na wysięgniku lusterko do golenia. Całkiem przypadkiem kątem oka dostrzegł w lusterku czterech mężczyzn wysiadających z wozu policyjnego i zdążających do biura motelu. Łut szczęścia, jasne, ale do faceta tak czujnego, jak Jack Reacher, szczęście uśmiecha się częściej niż przeciętnie.
Na wozie widniał napis: POLICJA MIEJSKA, poniżej fantazyjny emblemat, a pod nim: LUBBOCK, TEKSAS. Wszyscy czterej odziani w mundury, mieli pistolety, pałki oraz kajdanki. Trzech widział pierwszy raz, ale czwarty wydał mu się znajomy – wysoki grubas z wyżelowaną blond czupryną nad nalaną, czerwoną twarzą. Nalana, czerwona twarz była częściowo zasłonięta przez aluminiową szynę, pieczołowicie przylepioną plastrem do rozkwaszonego nosa. Prawa ręka podobnie opatrzona, z szyną oraz bandażami chroniącymi złamany palec.
Jeszcze poprzedniej nocy facet był cały i zdrowy. Reacher nie miał zielonego pojęcia, że jest gliniarzem. Wyglądał na barowego rozrabiakę. Reachera przyciągnęła do baru muzyka, ale zespół okazał się kiepski, więc siadł jak najdalej od niego, na barowym stołku, i oglądał rozgrywki futbolu amerykańskiego, wciśnięty obok grubasa. Kiedy znudził go sport, obrócił się i rozejrzał po sali.
Grubas wcinał ociekające tłuszczem skrzydełka kurczaka. Tłuszcz skapywał mu z brody i palców na koszulę. Wedle barowej etykiety, nie należy się gapić na taki widok, a sąsiad przyłapał na sobie wzrok Reachera.
