
W tym momencie zemdlał. Dostrzegł jeszcze, jak zielono-szara podłoga rusza mu na spotkanie, potem była tylko pustka. Otchłań, w której nie było nawet jego.
Ból. Otworzył oczy, ostrożnie dotknął piersi. Szyty na miarę garnitur zniknął; miał na sobie bawełnianą szpitalną koszulę i leżał na wózku.
— Boże — powiedział ochrypłym głosem, gdy dwaj pielęgniarze szybko potoczyli wózek korytarzem szpitala.
Heather Hart pochylała się nad nim, zmartwiona i wstrząśnięta, ale — tak samo jak on — zachowywała zimną krew.
— Wiedziałam, że coś jest nie w porządku — mówiła pospiesznie, gdy pielęgniarze wtaczali wózek do sali. — Nie czekałam w statku; poszłam za tobą do tego mieszkania.
— Pewnie myślałaś, że przyłapiesz nas w łóżku — rzekł słabym głosem.
— Lekarz powiedział — ciągnęła Heather — że po piętnastu minutach nastąpiłoby uszkodzenie somatyczne, tak to nazwał. Ta istota wtargnęłaby w twoje ciało.
— Załatwiłem ją — wymamrotał. — Nie wyjąłem jednak wszystkich czułków. Było już za późno.
— Wiem — powiedziała Heather. — Lekarz mi mówił. Chcą przeprowadzić operację najszybciej, jak się da. Może zdołają coś zrobić, jeśli czułki nie weszły zbyt głęboko.
— Dobrze się spisałem w krytycznej sytuacji — chrypiał Jason; zamknął oczy, z trudem znosząc ból. — Jednak nie dość dobrze.
Otworzywszy oczy, zobaczył, że Heather płacze.
— Czy jest aż tak źle? — zapytał. Wyciągnął rękę i ujął jej dłoń. Poczuł siłę jej miłości, gdy ścisnęła jego palce — a potem nie było nic oprócz bólu. Nic więcej: nie było Heather, szpitala, pielęgniarzy, światła, żadnego dźwięku. To była chwila wieczności, która pochłonęła go bez reszty.
