
Ale telefon — tak. Wyszedł na zakurzony korytarz, odszukał schody, zaczął schodzić stopień za stopniem, trzymając się poręczy, aż w końcu znalazł się w ponurym pustym holu, pełnym trzeszczących, wysiedzianych krzeseł.
Na szczęście miał drobne. Wrzucił w otwór złotą ćwierćdolarówkę i wykręcił numer Ala Blissa.
— Agencja Talentów Blissa — usłyszał głos Ala.
— Słuchaj — powiedział Jason. — Nie wiem, gdzie jestem. Na rany Chrystusa, przyjedź i wydostań mnie stąd, zabierz mnie gdzieś. Rozumiesz, Al? Zrobisz to?
Cisza w słuchawce. Po chwili daleki, pełen rezerwy głos Ala Blissa zapytał:
— Z kim mówię?
Warknął ze złością swoje nazwisko.
— Nie znam pana, panie Jasonie Taverner — powiedział Al Bliss obojętnym, nieobecnym głosem. — Na pewno wykręcił pan właściwy numer? Z kim pan chce rozmawiać?
— Z tobą, Al. Z Alem Blissem, moim agentem. Co zaszło w szpitalu? Jak dostałem się stamtąd tutaj? Nie wiesz?
Panika minęła, gdy z trudem zapanował nad sobą; jego słowa nabrały sensu.
— Czy możesz mnie skontaktować z Heather?
— Z panną Hart? — spytał Al i zachichotał. Nie odpowiedział.
— Słuchaj — rzucił wściekle Jason — przestałeś być moim agentem. Kropka. Nieważne, co się stanie. Zwalniam cię.
Al Bliss nie przestawał chichotać mu do ucha, potem wyłączył się z cichym kliknięciem. Odłożył słuchawkę.
Zabiję sukinsyna, powiedział do siebie Jason. Rozerwę tłustego łysego drania na małe kawałki.
O co mu chodzi? Nie rozumiem go. Dlaczego nagle ma coś przeciwko mnie? Co ja mu zrobiłem, jak rany? Jest moim przyjacielem i agentem od dziewiętnastu lat. Jeszcze nigdy nie zachował się w taki sposób.
