— Prawie jesteśmy na miejscu — oznajmił zimno recepcjonista. Na chwilę obrócił głowę i spojrzał Jasonowi w oczy.

— Nie podobają mi się pańskie rasistowskie poglądy — powiedział. — Nawet jeśli płaci mi pan pięćset dolarów.

— Jak dla mnie, po świecie chodzi wystarczająco dużo czarnych — oświadczył Jason.

— A kiedy umrze ostatni?

— Umie pan czytać w myślach — odparł Jason. — Nie muszę panu mówić.

— Chryste — rzekł recepcjonista i skierował uwagę na ruch uliczny.

Skręcili ostro w prawo, w wąską uliczkę; po jej obu stronach były widoczne pozamykane drewniane drzwi. Żadnych znaków. Tylko pełna napięcia cisza. I sterty zalegających od wieków śmieci.

— Co jest za tymi drzwiami? — zapytał Jason.

— Ludzie tacy jak pan. Ludzie, którzy nie mogą wyjść z ukrycia. Pod jednym względem różnią się jednak od pana: nie mają pięciuset dolarów… a także wielu innych rzeczy, o ile dobrze odczytuję pańskie myśli.

— Słono będzie mnie kosztowało uzyskanie dokumentów tożsamości — rzekł cierpko Jason. — Pewnie wszystko, co mam.

— Ona nie zedrze z pana skóry — powiedział urzędnik, zatrzymując pojazd na chodniku. Jason wyjrzał, zobaczył zrujnowaną restaurację z zabitymi drzwiami i powybijanymi oknami. W środku było zupełnie ciemno. To miejsce wyglądało odpychająco, lecz widocznie właśnie o nie chodziło. Będzie musiał się z tym pogodzić, jeśli chce dostać to, po co przybył; nie może być wybredny.

Po drodze ominęli wszystkie barykady i punkty kontrolne, recepcjonista wybrał dobrą drogę. Tak więc, zważywszy wszystko, Jason nie miał powodu do narzekań.

Wraz z urzędnikiem podszedł do wyłamanych, wiszących na jednym zawiasie frontowych drzwi restauracji. Obaj milczeli; skupili się na unikaniu zardzewiałych gwoździ sterczących z pozabijanych deskami okien, zapewne dla ochrony.

— Proszę podać mi rękę — powiedział urzędnik, wyciągając dłoń w ciemności.



22 из 202