
— Tutaj jest ciemno, a ja znam drogę. W tym budynku wyłączyli prąd trzy lata temu.
W ten sposób usiłowali skłonić mieszkańców do opuszczenia bloku, żeby go spalić.
Większość jednak została — dodał.
Wilgotna, zimna ręka recepcjonisty przeprowadziła go obok nieregularnych stert czegoś, co było chyba kiedyś krzesłami i stołami; pokrywały je teraz pajęczyny i grudy kurzu. W końcu trafli na gładką czarną ścianę; przewodnik przystanął, puścił dłoń Jasona i zaczął manipulować w ciemnościach.
— Nie mogę ich otworzyć — wyjaśnił. — Można to zrobić tylko z drugiej strony — z jej strony. Daję jej znać, że tu jesteśmy.
Jeden segment ściany ze zgrzytem odsunął się na bok. Zerkając w głąb, Jason nie dojrzał nic prócz ciemności i opuszczenia.
— Wejdź do środka — polecił recepcjonista i lekko go popchnął. Ściana po chwili zamknęła się za ich plecami.
Błysnęły światła. Chwilowo oślepiony Jason osłonił dłonią oczy i obejrzał sobie pracownię.
Była niewielka. Dostrzegł jednak kilka skomplikowanych i bardzo specjalistycznych urządzeń. Po drugiej stronie stał stół laboratoryjny. Setki narzędzi, wszystkie starannie umieszczone w uchwytach na ścianach pokoju. Pod stołem znajdowały się duże kartony, zawierające pewnie różne rodzaje papieru, oraz mała prasa drukarska napędzana przez generator.
Dziewczyna siedziała na wysokim stołku; ręcznie składała czcionki. Spostrzegł jasne włosy, bardzo długie, lecz rzadkie, opadające na plecy okryte niebieską koszulą fanelo-wą. Nosiła dżinsy, bardzo małe stopy miała bose. Wyglądała na piętnaście lub szesnaście lat. Nie miała wydatnych piersi, ale niezłe, długie nogi — spodobały mu się. Nie była umalowana; nadawało to jej twarzy bladą, lekko pastelową barwę.
— Cześć! — powiedziała.
— Idę — oznajmił recepcjonista. — Spróbuję nie wydać pięciuset dolarów na jeden raz.
Nacisnął guzik, segment ściany odsunął się na bok; jednocześnie światła w pomieszczeniu zgasły, pogrążając ich ponownie w kompletnej ciemności.
