
Zwierzęta — nieduże stado kilkunastu dorosłych świń powietrznych i mniej więcej tyle samo prosiąt — były unieruchomione wewnątrz Sieci, wzdłuż jej osi. Teraz beczały, a ich odgłosy stanowiły żałobny kontrapunkt dla okrzyków i nawoływań ludzi. Tłoczyły się w środku cylindra z lin, tworząc rozdygotane kłębowisko płetw, wylotów odrzutowych i szypułek zwieńczonych oczami w kształcie misek. Parę osób weszło w głąb plecionego obozu i próbowało uspokoić zwierzęta, uwiązać przekłute płetwy ich przywódców. Dura zorientowała się jednak, że demontaż Sieci przebiega powoli i nierównomiernie, a stado pokwikuje ze strachu i porusza się niespokojnie.
Usłyszała podniesione głosy wystraszonych, zniecierpliwionych ludzi. Uświadomiła sobie, że to, co z oddali sprawiało wrażenie kontrolowanej operacji, było w istocie jednym wielkim bałaganem.
Kątem oka uchwyciła jakieś poruszenie — niebiesko-biały refleks w oddali… W kanałach wirowych rozchodziły się kolejne zmarszczki, napływające z odległej Północy: potężne, postrzępione nieregularności zupełnie przyćmiły małe niestabilności, które Dura obserwowała do tej pory.
Zostało im niewiele czasu.
Logue Jej ojciec, wisiał w Magpolu w pobliżu Sieci. Adda, zbyt stary i powolny, żeby w pośpiechu zwijać obozowisko, krążył obok Logue'a, marszcząc swoją chudą twarz. Ojciec Dury wykrzykiwał rozkazy charakterystycznym dźwięcznym barytonem, ale dziewczyna zorientowała się, że w niewielkim stopniu poprawiało to koordynację działań. Doświadczała dziwnego uczucia bezczasowości i oderwania od tego, co ją otaczało. Patrzyła na ojca tak, jakby spotkała go po raz pierwszy od wielu tygodni. Włosy oblepiające jego czaszkę poskręcały się i pożółkły. Twarz przypominała maskę, lecz pomimo siateczki blizn i zmarszczek, wciąż można było na niej dostrzec regularne chłopięce rysy, które odziedziczył po nim Farr.
