
Po dwudziestu minutach ku nabrzeżu podpłynął ciemny obiekt. Cichy, przytłumiony szum silnika stał się głośniejszy. Obiekt okazał się niewielkim pontonem, o wyglądzie trudnym do określenia. Za sterem siedział ktoś nisko pochylony i ledwo widoczny. Farmer nawet nie drgnął. Czekał. Silnik ucichł nagle i czarny gumowy ponton zaczął dryfować na małej fali w odległości trzydziestu stóp od nabrzeża. Drogą biegnącą wzdłuż plaży nie przejeżdżał żaden samochód.
Farmer spokojnie wyjął papierosa, wsadził go do ust i zapalił; zaciągnąwszy się dwa razy, strzelił niedopałkiem w stronę pontonu.
– Co palisz? – zapytał kołyszący się na wodzie mężczyzna. Widział sylwetkę człowieka opartego o balustradę, ale nie mógł dostrzec jego twarzy.
– Lucky strike’a – rzucił w odpowiedzi farmer.
Zabawa w wymianę haseł była prawdziwym idiotyzmem. Ile innych czarnych pontonów mogło przypłynąć o tej porze od strony Atlantyku i dobić do starego nabrzeża? Prawdziwy idiotyzm, ale jakże ważny!
– Luke? – upewnił się przybysz.
– Sam? – powitał go farmer.
Tamten nie nazywał się Sam, tylko Khamel, ale to nie miało znaczenia.
Khamel nie powiedział nic więcej, zrozumieli się bez słów. Szybko włączył motor i skierował ponton ku plaży. Luke ruszył górą i spotkali się przy półciężarówce. Khamel wrzucił czarną sportową torbę adidasa na tylne siedzenie i zajął miejsce dla pasażera. Luke usiadł za kierownicą. Jechali w milczeniu, ignorując się nawzajem. Nie wymienili ani jednego spojrzenia. Twarz ubranego w czarny golf Khamela, okolona gęstą brodą i przesłonięta ciemnymi okularami, miała złowrogi wyraz. Luke nie chciał mu się przyglądać, choć wiedział, że faceta poszukiwano w dziewięciu krajach.
Gdy przejeżdżali przez most w Manteo, Luke zapalił lucky strike’a i nagle przypomniał sobie, gdzie widział tę twarz.
