Wszystko to ekscytowało Luke’a. Khamel miał zamiar uderzyć teraz na amerykańskiej ziemi! Luke nie miał pojęcia, kim będą ofiary, wiedział jednak, że popłynie krew nie byle kogo.


O świcie półciężarówka zatrzymała się w Georgetown, na skrzyżowaniu Trzydziestej Pierwszej; M. Khamel złapał sportową torbę i bez słowa wyskoczył na chodnik. Ruszył na wschód. Minął kilka przecznic, wszedł do hotelu Cztery Pory Roku, gdzie w kiosku kupił “Post”, i wjechał windą na szóste piętro. Dokładnie o siódmej piętnaście zastukał do drzwi na końcu korytarza.

– Tak? – odezwał się jakiś nerwowy głos.

– Szukam pana Snellera – powiedział wolno Khamel pozbawioną akcentu, idealną amerykańską angielszczyzną i zakrył kciukiem wziernik w drzwiach.

– Pana Snellera?

– Tak. Edwina F. Snellera.

Gałka w drzwiach pozostała nieruchoma i przez chwilę nic się nie działo. Po kilku sekundach przez szparę u dołu drzwi wysunęła się biała koperta. Khamel podniósł ją.

– W porządku – rzucił na tyle głośno, by mógł go usłyszeć Sneller czy ten, kto podawał się za niego.

– Pokój obok – odezwał się domniemany Sneller. – Będę czekał na telefon.

Mówił jak Amerykanin. W przeciwieństwie do Luke’a nigdy nie widział Khamela i tak naprawdę wcale nie chciał go zobaczyć. Luke, który dwukrotnie spotkał się z zabójcą, miał sporo szczęścia, wciąż ciesząc się życiem.

W pokoju stały dwa łóżka i mały stolik pod oknem. Wcześniej ktoś dokładnie zasłonił okna. Do środka nie przedostawał się ani jeden słoneczny promień. Khamel postawił torbę na łóżku, obok dwóch wypchanych teczek. Podszedł do okna i wyjrzał na zewnątrz, a następnie podniósł słuchawkę.

– To ja – powiedział do Snellera. – Co z samochodem?

– Stoi na ulicy. Biały ford z tablicami rejestracyjnymi Connecticut. Kluczyki leżą na stole. – Sneller starannie wymawiał słowa.

– Kradziony?

– Oczywiście, ale ma nowe papiery. Jest czysty.

– Zostawię go na lotnisku Dullesa zaraz po północy. Chcę, żeby został zniszczony, rozumiemy się? – Jego angielski był naprawdę doskonały.



22 из 371