– Cześć, bałwanie – powitał go swoim basem Sampson. – Roztapiasz się.

Kumple Snowa wybuchnęli śmiechem. Darryl miał około metra osiemdziesięciu wzrostu, a nie ważył chyba więcej niż pięćdziesiąt pięć kilogramów. Nawet w swoich ciuchach z markowymi metkami.

– Przejdźmy się, Darryl – powiedziałem. – Musimy pogadać. I bez dyskusji.

Potrząsnął głową jak maskotka na desce rozdzielczej samochodu, ale poszedł ze mną.

– Nie chcę z tobą gadać, Cross.

– Co wiesz o Errolu i Brianne Parker? – zapytałem, kiedy oddaliliśmy się od jego towarzystwa.

Popatrzył na mnie i zmarszczył brwi. Głowa nadal mu podskakiwała.

– Ty chajtnąłeś się z jego siostrą czy ja? Więc dlaczego pytasz mnie, człowieku? Czego się ciągle czepiasz?

– Errol już nie widuje się z rodziną. Nie ma czasu, pruje banki. Gdzie on jest, Darryl? W tej chwili Sampson i ja nie jesteśmy ci nic winni. A kręcisz się w niebezpiecznej okolicy.

Spojrzał w światła lamp ulicznych.

– Mnie to pasuje.

Złapałem go za kurtkę.

– Do czasu, Darryl. Dobrze o tym wiesz.

Snow pociągnął nosem i zaklął cicho.

– Słyszałem, że Brianne ma metę w tym starym osiedlu przy Pierwszej Alei. W tych ruinach ze szczurami. Ale nie wiem, czy jeszcze tam jest. To tyle, słowo.

Uniósł otwarte dłonie.

Sampson podkradł się do niego z tyłu i krzyknął: Bu!

Darryl prawie skoczył w górę.

– Pomógł nam? – zapytał Sampson. – Trochę jakby nerwowy.

– Pomogłeś nam? – spytałem Snowa.

Skrzywił się żałośnie.

– Powiedziałem, gdzie może być Brianne Parker, czy nie? Pojedźcie i sprawdźcie. I odwalcie się ode mnie. Nie straszcie ludzi. Wy dwaj jesteście jak The Blair Witch Project, człowieku. Albo jeszcze gorsi.

Sampson wyszczerzył zęby.

– Dużo gorsi, Darryl. Blair Witch to tylko film. My jesteśmy prawdziwi.

Rozdział 11



17 из 184