
– Nie cierpię tego całego nocnego gówna – poskarżył się Sampson, kiedy dotarliśmy na piechotę do osiedla przy Pierwszej Alei. Przed nami majaczyły opuszczone domy czynszowe, w których mieszkali bezdomni i ćpuny. Jeżeli w stolicy Ameryki można to nazwać mieszkaniem.
– Noc żywych trupów – wymruczał Sampson.
Miał rację. Typy wokół nas wyglądały jak zombie.
– Errol Parker? Brianne Parker? – mówiłem cicho, mijając ponurych mężczyzn o zapadłych, nie ogolonych twarzach. Nikt się nie odzywał. Większość nawet nie patrzyła na mnie i Sampsona. Wiedzieli, że jesteśmy glinami.
– Dzięki za pomoc. Bóg z wami – powiedział w końcu Sampson.
Zaczęliśmy przeszukiwać każdy budynek, piętro po piętrze, od piwnicy po dach. Ostatni wyglądał na zupełnie pusty, co wcale nie dziwiło: był najbrudniejszy i rozsypywał się.
– Ty pierwszy – warknął Sampson. Było późno i stracił humor.
Miałem latarkę, więc ruszyłem przodem. I tym razem najpierw zeszliśmy do piwnicy. Poplamiona, betonowa podłoga, wszędzie gęsty kurz i pajęczyny. Otworzyłem nogą drewniane drzwi. Usłyszałem gwałtowne drapanie gryzoni. Miotały się jak w pułapce. Oświetliłem wnętrze. Tylko kilka szczurów.
– Errol? Brianne? – zawołał do nich Sampson. Zapiszczały w odpowiedzi.
Przeszukując tak jak poprzednio kolejne piętra, dotarliśmy wreszcie na ostatnie. W budynku było wilgotno, śmierdziało moczem, kałem i pleśnią. Fetor nie do wytrzymania.
– Znam lepsze Holiday Inn – powiedziałem i Sampson w końcu się roześmiał.
Pchnąłem jakieś drzwi i poznałem po odorze, że znaleźliśmy zwłoki. Skierowałem latarkę w dół i zobaczyłem Brianne i Errola. Już nie wyglądali jak ludzie. W budynku było ciepło i proces rozkładu postępował szybko. Oceniłem, że nie żyją co najmniej od dwudziestu czterech godzin, być może dłużej.
Obejrzałem Errola, potem jego żonę. Westchnąłem ciężko. Maria lubiła swojego przyrodniego brata. Mój syn Damon, kiedy był mały, nazywał go wujkiem.
