
– Nie otrząsnęła się z tego, co stało się na Bermudach – szepnąłem. – Nie chce żyć z detektywem z wydziału zabójstw. Nie wytrzymałaby. Nie chce być ze mną.
– Za dużo bierzesz na siebie, Alex – odrzekła cicho babcia. – Winisz się o to, o co nie powinieneś. To cię przygniata i możesz się załamać. Wierz mi.
– Wierzę.
– Nie.
– Zawsze ci wierzę.
– Nigdy – parsknęła. – I wiesz, że mnie nie przegadasz. A to dowodzi, że mam rację.
Babcia zawsze musi mieć ostatnie słowo. Jest najlepszym psychologiem w domu. W każdym razie ciągle mi to powtarza.
Rozdział 13
Jeszcze tego samego ranka wybuchła bomba – napad na bank w Falls Church w Wirginii, około piętnastu kilometrów od Waszyngtonu.
Dobrze utrzymany, zbudowany w stylu kolonialnym dom dyrektora filii stał w ładnej okolicy, gdzie sąsiedzi naprawdę się lubili. O tym, że tu kochano dzieci, świadczyły liczne zabawki, rowerki, placyk do minikoszykówki, huśtawki, prowizoryczne stoisko z lemoniadą. Był też piękny ogród pełen kwitnących krzewów. Dach garażu zdobił dziwaczny wiatrowskaz – czarownica na miotle – na którym siedziało stadko ptaków. Tego ranka niemal słyszało się chichot wiedźmy.
Supermózg powiedział swoim nowym ludziom, co zastaną i jak mają postępować. Dokładnie zaplanował każdy ruch i starannie sprawdził ich przygotowanie.
Wiedział, że są dużo lepsi od Parkerów. Kosztowali go połowę sumy zrabowanej w Citibanku, lecz byli tego warci. Pomiędzy sobą nazywali się panem Czerwonym, panem Białym, panem Niebieskim i panną Zieloną. Nosili długie włosy i wyglądali jak zespół heavymetalowy, ale znali się doskonale na swojej robocie.
Tuż po otwarciu drzwi filii First Union w Falls Church do banku weszli pan Niebieski i panna Zielona. W kaburach ukrytych pod kurtkami mieli broń półautomatyczną.
Pan Czerwony i pan Biały pojechali do domu dyrektora. Katie Bartlett usłyszała gong przy drzwiach wejściowych i myślała, że to opiekunka do dzieci. Kiedy otworzyła, zbladła i nogi się pod nią ugięły na widok dwóch zamaskowanych, uzbrojonych facetów w słuchawkach i z mikrofonami pod brodą.
