
— Tak jest, milordzie — odpowiedział Martinez. Usprawiedliwienia nie miały sensu.
Dostrzegł błysk euforii w oczach Kamarullaha, gdy Do-faq pochwalił jego statek raźnym tonem.
Do-faq zarządzał manewry niemal każdego dnia. Statki miały lecieć blisko siebie i komunikować się za pomocą laserów, by mogły współdzielić wirtualne otoczenie. Same manewry przebiegały według wcześniej zadanych scenariuszy, pobranych z niezgłębionych archiwów floty, założonych tysiące lat temu. Do-faq pobierał takie manewry, w których ciężkie i lekkie eskadry toczyły wzajemne bitwy albo walczyły wspólnie przeciw wygenerowanemu komputerowo wrogowi, lub też uczestniczyły jako mniejsze jednostki w większych zgrupowaniach. Nie przewidywano niezależnych akcji. Każdy statek oceniano stosownie do tego, jak wykonywał rozkazy, a nie jak się sprawował względem „wroga”. Scenariusze zawsze kończyły się wygraną strony zwycięskiej i wykazywały przewagę pryncypialnej doktryny floty nad taktyką mniej pryncypialną i mniej doktrynerską.
Po każdej serii manewrów „Korona” lądowała nisko i nie zajmowała najgorszego miejsca tylko dlatego, że inne statki były równie źle przygotowane. Manewry, niezbyt częste we flocie, stanowiły okropną niedogodność, obciążały oficerów, odciągały załogę od tak ważnych spraw jak polerowanie mosiężnych części, woskowanie podłóg i pucowanie maszynowni na wypadek inspekcji. W armii, która nie toczyła wojny od trzech tysięcy czterystu lat, wartości społeczne stawały się równie istotne jak zdolności militarne. Pod dowództwem Do-faqa znalazły się i takie załogi, które nigdy przed wcieleniem do jego eskadr nie uczestniczyły w manewrach, nawet wirtualnych.
