
Ostrożnie ukryła kciuk w dłoni i palcem wskazującym przebiegła menu, aż znalazła bieżącą pocztę z tylko jedną wiadomością, którą przesyłano trzy dni za pośrednictwem silnych laserów łączności. Od kapitana lorda Garetha Martineza. Otworzyła list.
— „Korona” spartaczyła kolejne manewry — mówił znużonym tonem. Barczysty mężczyzna siedział rozparty w fotelu, wyraźnie zmęczony wieloma dniami ostrego przyśpieszania. Zielonkawą bluzę munduru rozpiął pod szyją. Miał kwadratową szczękę, grube brwi i oliwkową skórę. Słysząc jego prowincjonalny akcent, Sula czuła na nerwach ostre brzytwy.
Gdy przed wojną spotkali się po raz pierwszy, byli ze sobą krótko, a rozstali się burzliwie. Sula wiedziała, że to jej wina: panikowała, reagowała na wszystko paranoicznie, całkiem się pogubiła. Przez kilka miesięcy ukrywała się przed nim. Dawała sobie radę z kimś takim jak zarozumiały arystokrata Foote, ale Martinez to co innego.
Gdyby dopisało im szczęście i znów by się zeszli, Sula postanowiła nie dopuścić do ponownego rozstania.
* * *
— Powiedziałem przez zero-jeden-siedem! — krzyknął Martinez. — Co tam się dzieje?
— Przepraszam, milordzie! — Palce biegały po displeju. — Tak jest, przez zero-jeden-siedem.
— Pilot, obrócić statek. Już mieli małe opóźnienie.
— Statek obrócony, milordzie. Kierujemy się na dwa-dwa-siedem przez zero-jeden-siedem.
— Silniki: przygotować włączenie silników.
— Flary pocisków! — zawołali jednocześnie dwaj operatorzy czujników. — Wróg odpalił pociski!
— Włączyć lasery obrony bezpośredniej.
— Lasery obrony bezpośredniej włączone, lordzie kaporze.
