Martinez uświadomił sobie, że zaprzątnięty informacją o pociskach, zapomniał wydać rozkaz o uruchomieniu silników. Pochylił się w fotelu, by rozkaz brzmiał dobitniej. Klatka dowodzenia potrzaskiwała, kołysząc się w zawieszeniu kardanowym.

— Silniki: włączyć silniki.

I jeszcze o czymś zapomniał.

— Broń: to są ćwiczenia.

Po zakończeniu ćwiczeń, gdy wirtualne displeje wygasły w głowie Martineza, a w myślach znów wezbrało ciężkie wrażenie porażki, spojrzał po sterowni i zobaczył załogę równie wyciszoną i przygnębioną jak on sam.

Wielu było tu nowicjuszami. Zbyt wielu. Dwie trzecie załogi „Korony” służyło na pokładzie krócej niż miesiąc i choć zaczynali dość dobrze się sprawować, dużo brakowało im do biegłości. Czasami chciałby mieć tylko tamtą starą załogę, podstawowy jej trzon, z którym uratował „Koronę” w pierwszych godzinach rebelii Naksydów. Gdy teraz myślał o tamtej ucieczce, o stresie, niepewności, ostrym przyśpieszaniu, strachu przed pociskami wroga, widział to wszystko w ciepłych, nostalgicznych barwach. W sytuacjach kryzysowych reagowali błyskotliwie, z niezawodnością, jakiej ani jemu, ani załodze nie udało się później osiągnąć.

Oprócz nowicjuszy, nadal miał członków dawnej załogi, ale nie mógł się zdać tylko na nich. Wszyscy nowi ludzie musieli przejść trening i na swoich stanowiskach pracować tak wydajnie, jakby to robili przez lata.

W skafandrze próżniowym zaszumiało, gdy moduł chłodzący zaczął napełniać go chłodnym powietrzem i subtelnym zapachem smaru.

— Tak, następne ćwiczenia po kolacji, o dwudziestej szóstej zero jeden — ogłosił.

Załoganci byli wprawdzie całkowicie odziani w biało-zielonkawe skafandry próżniowe, ale po ułożeniu ich głów i ramion Martinez poznał, że gnębi ich poczucie porażki.

W komputerach fregaty znalazł podręczniki dla oficerów, które zalecały starą zasadę: chwal — popraw — chwal. Najpierw chwalisz ich za to, co wykonali prawidłowo, potem poprawiasz błędy, a potem chwalisz za postępy. W myślach powtarzał sobie tę zasadę w odniesieniu do obecnej sytuacji.



9 из 402