
Idea Świętego Gaju sączyła się niewinnie i radośnie do świata Dysku.
A rzeczywistość wyciekała.
I była zauważana. Są bowiem na zewnątrz Stwory, których umiejętność wyczuwania maleńkich, kruchych zgęstków rzeczywistości czyni legendę o rekinach i śladach krwi czymś całkiem trywialnym.
Stwory zaczynały się gromadzić.
* * *
Burza przemknęła nad wydmami, ale tam, gdzie wyrastało wzgórze, chmury zdawały się rozsuwać na boki. Tylko kilka kropli deszczu trafiło na wyschniętą glebę, a wichura zmieniła się w lekki zefirek, który zasypał piaskiem dawno wystygłe resztki ogniska.
Niżej, na stoku, niedaleko otworu — dostatecznie już dużego dla, powiedzmy, borsuka — niewielki kamień poruszył się i odtoczył na bok.
* * *
Miesiąc minął szybko. Wolał nie zostawać na miejscu zbyt długo.
* * *
Kwestor zapukał z szacunkiem do drzwi nadrektora. Otworzył je. Bełt przybił mu kapelusz do drzwi.
Nadrektor opuścił kuszę i spojrzał na niego gniewnie.
— Wściekle nieostrożne zachowanie — powiedział. — Mogłeś doprowadzić do paskudnego wypadku.
Kwestor nie stałby się tym, kim był — a raczej kim był jeszcze dziesięć sekund temu, czyli człowiekiem spokojnym i pewnym siebie, nie tym, kim był teraz, czyli człowiekiem na skraju ataku serca — nie posiadając umiejętności panowania nad sobą mimo nieoczekiwanych szoków.
Odpiął kapelusz od tarczy wyrysowanej kredą na starym drewnie.
— Nic się nie stało — oznajmił. Żaden głos nie mógłby brzmieć tak spokojnie bez gigantycznego wysiłku. — Dziury prawie nie widać. Dlaczego, hm, strzelasz do drzwi, mistrzu?
— Pomyśl rozsądnie, człowieku! Na dworze jest ciemno, a te przeklęte mury są z kamienia. Nie spodziewasz się chyba, że będę strzelał do murów?
— Aha — rzekł kwestor. — Te drzwi mają, hm, pięćset lat — dodał z bardzo dyskretnym wyrzutem.
