– Możesz mi nie wierzyć, ale będziemy się tu dobrze bawić – zapewnił.

– Bawić? Ależ tato, zabrałeś mnie tu tylko dlatego, że mama cię do tego zmusiła. Słyszałam, jak mówiła, że już nie może sobie ze mną poradzić.

Przez moment żałował, że nie udusił Denise, kiedy to mówiła. Jego palce zacisnęły się automatycznie, jednak głos pozostał łagodny.

– Ani twoja matka, ani jej mąż nie mogą mnie do niczego zmusić. Chciałem, żebyś tu ze mną przyjechała. Po wakacjach będziesz mogła stąd wyjechać, jednak ja chciałbym się przeprowadzić do Bayville. To taki powrót do korzeni. Przecież bardzo kochałaś dziadków. Teraz masz okazję zobaczyć, jak żyli, jak ja żyłem i… – zawahał się – po raz pierwszy od rozwodu z twoją matką będziemy mogli poważnie porozmawiać.

Córka podniosła oczy do nieba.

– Mowa – trawa. Po prostu chcecie, żebym się nie spotykała z Timem.

– To też – przyznał ze ściśniętym gardłem.

– Możecie robić, co wam się podoba, ale i tak będę go kochać. Zawsze! Nie obchodzi mnie wasze zdanie! Po prostu oboje nie macie zielonego pojęcia o miłości! A ja… ja…

Shannon odwróciła głowę. Wzrok Coopa powędrował za jej spojrzeniem. Po drugiej stronie ulicy chłopak otworzył drzwi sklepu żelaznego, oparł się o ścianę i wyjął puszkę z sodówką. Jego pszeniczne włosy były równo podcięte. Miał na sobie robocze spodnie i białą koszulkę, która opinała się na dobrze umięśnionym torsie i bicepsach. Jego budowa oraz miodowa opalenizna wskazywały, że pochodzi z dużej farmy i zna się na robocie jak nikt inny.

Shannon również dostrzegła muskuły chłopaka, ale prawdopodobnie opacznie zrozumiała ich pochodzenie. Wyprostowała się i odrzuciła do tyłu swoje długie, jasne, wyfiokowane włosy, którym poświęcała co rano pół godziny, by za pomocą pianki i lakieru doprowadzić je do odpowiedniego stanu. Wypięła też malutkie piersi i położyła dłoń na biodrze. Cooper pomyślał, że może powinien wysłać ją do przedszkola, gdzie mogłaby dorośleć choćby i do czterdziestki.



3 из 120