
— Miałyśmy raczej nadzieję, że pani to zrobi — odparła Letycja.
Niania otworzyła usta, by rzucić jedno czy dwa przekleństwa, ale zrezygnowała.
— Wiecie co? Możecie jej to jutro powiedzieć — zaproponowała. — A ja pójdę z wami, żeby ją przytrzymać.
* * *
Kiedy nadeszły dróżką, babcia Weatherwax zbierała Zioła.
Codzienne zioła dla chorych albo do kuchni zwane są prostymi. Zioła babci nie były proste. Były wyrafinowane, albo i gorzej. Nie zbierało się ich z eleganckim koszykiem i parą błyszczących nożyc. Babcia używała noża. I trzymanego przed sobą krzesła. Oraz skórzanego kapelusza, rękawic i fartucha jako drugiej linii obrony.
Nawet ona nie wiedziała, skąd pochodzą niektóre Zioła. Korzonki i nasiona sprowadzano z całego świata, a może z większej jeszcze odległości. Część miała kwiaty, które odwracały się za przechodzącym, inne strzelały cierniami do przelatujących ptaków, a kilka babcia przywiązała do palików — nie po to, by się nie przewróciły, ale po to, by na drugi dzień wciąż były na miejscu.
Niania Ogg nigdy nie próbowała wyhodować żadnego zioła, którego nie można palić albo nadziać nim kurczaka. Teraz słyszała, jak babcia pomrukuje:
— No dobra, łobuzy…
— Dzień dobry, panno Weatherwax — zawołała głośno Letycja Skorek.
Babcia Weatherwax zesztywniała, bardzo ostrożnie opuściła krzesło i odwróciła się powoli.
— Pani — poprawiła.
— Wszystko jedno — zapewniła wesoło Letycja. — Mam nadzieję, że dobrze się pani czuje?
— Aż do teraz. — Babcia niemal niedostrzegalnie skinęła głową pozostałym trzem czarownicom.
Zapadła wibrująca cisza, która wzbudziła lęk niani Ogg. Babcia powinna ich przecież zaprosić na filiżankę czegoś. Tego wymaga rytuał. Trzymanie ludzi na dworze dowodziło fatalnych manier. Prawie, choć nie aż tak fatalnych, jak nazwanie starszej, niezamężnej czarownicy „panną”.
