
— Przyszłyście w sprawie Prób — stwierdziła babcia.
Letycja niemal zemdlała.
— Tego… Skąd…
— Bo wyglądacie jak komitet. Nietrudno zgadnąć. — Babcia ściągnęła rękawice. — Zwykle nie potrzebowałyśmy komitetu. Wieści się rozchodziły i wszystkie zjawiałyśmy się gdzie trzeba. A teraz nagle ktoś wszystko organizuje… — Przez chwilę babcia wyglądała, jakby toczyła ciężką wewnętrzną bitwę, ale wreszcie dodała obojętnie: — Kociołek stoi na ogniu. Lepiej wejdźcie.
Niania odprężyła się. Może jednak istnieją zwyczaje, których nie złamie nawet babcia Weatherwax. Choćby ktoś był twoim najgorszym wrogiem, trzeba go zaprosić, podać herbatę i ciasteczka. Więcej: im gorszy wróg, tym lepsza jest zastawa i wyższa jakość ciasteczek. Później można gościom życzyć, żeby ich piekło pochłonęło, ale pod własnym dachem należy ich karmić, póki nie pękną.
Małe, ciemne oczy niani spostrzegły, że kuchenny stół wciąż jeszcze błyszczy wilgocią po niedawnym myciu.
Kiedy napełniono już filiżanki i wymieniono uprzejmości — a przynajmniej kiedy wypowiedziała je Letycja, babcia zaś przyjęła w milczeniu — samozwańcza przewodnicząca poprawiła się na krześle.
— W tym roku zainteresowanie Próbami jest duże — zaczęła. — Panno… eee… pani Weatherwax.
— To dobrze.
— Wygląda wręcz na to, że czarownictwo w Ramtopach przeżywa coś w rodzaju renesansu.
— Renesansu, tak? Coś podobnego.
— To rozsądny wybór tych młodych kobiet, droga prowadząca do władzy. Nie sądzi pani?
Wiele osób umie mówić kąśliwym tonem — niania wiedziała o tym dobrze. Ale babcia Weatherwax potrafiła też kąśliwie _słuchać_. Potrafiła sprawić, by coś zabrzmiało głupio, tylko tego wysłuchując.
— Ma pani ładny kapelusz — zauważyła babcia. — Aksamit, prawda? Nie pochodzi z naszych okolic, jak się domyślam.
