
Wiedza pana Tadeusza na temat cudownego wydarzenia wydawała się, niestety, jakby nieco wybrakowana. Pochodziła z krótkiej wzmianeczki mediów i odrobiny plotek.
– Nie zdążyłem pogadać więcej i dowiedzieć się czegoś, bardzo przepraszam – usprawiedliwił się pan Tadeusz gorąco – bo od rana zajęty byłem załatwianiem tej działki. Pani rozumie chyba, że to jest tylko zabezpieczenie, i tak zakupu nie da się sfinalizować, dopóki nie uprawomocni się testament, w zasadzie dziedziczy córka, ale tam są legaty dla byłych żon i zabezpieczenie roszczeń wspólników…
– Do diabła z córką, żoną i wspólnikami! O zabójstwie chcę! Zaraz… – zainteresowałam się nagle. – Wczoraj go trzasnęli? To skąd już dziś wiadomo, tak szybko, co zawiera testament? Otworzyli go nad trupem?
– A nie, skąd, ale już dawno było wiadomo… no, parę miesięcy, on sam ujawnił treść kilku osobom, w wyniku jakiejś wzajemnej kłótni nastąpiła taka scena… Wyciągnął i pokazał kopię, tę kopię wszyscy obecni czytali, no, a dalej już poszło. Rozeszło się. Nie zmienił później ostatniej woli.
– W każdej chwili mógł złapać kawałek papieru i napisać: „Wszystko żonie” – mruknęłam z powątpiewaniem. – Na świadków upolował dwie osoby z ulicy…
– Nie, zainteresowani pilnowali go. Nic takiego nie nastąpiło, poza tym on nie miał aktualnej żony, z ostatnią się rozwiódł, a córce w każdym wypadku zachowek się należy…
– No dobrze, pies trącał testament, jak było ze zbrodnią? Kiedy, gdzie, jak, kto go znalazł? Detale proszę!
– No właśnie, detali mało. Wczoraj córka do niego dzwoniła, nie odbierał, komórki wyłączone, a wiedziała, że powinien być w domu, zdenerwowała się i pojechała.
