Wziąłem ze sobą dwie dziewczynki, moją córkę Nanny i jej najlepszą przyjaciółkę Alison Mitchell. Nigdy dotychczas nie wyjeżdżały poza półwysep Cod. Kiedy zobaczyliśmy rzekę, musieliśmy stanąć, tak żeby mogły postać nad brzegiem i pomyśleć nad nią przez chwilę. Nigdy jeszcze nie widziały wody w takiej długiej, wąskiej i niesionej postaci. Była to rzeka Hudson. Pływały w niej karpie wielkie jak atomowe łodzie podwodne.

Widzieliśmy też wodospady: potoki skaczące z urwistych skał w dolinę rzeki Delaware. Była masa rzeczy do oglądania i często przystawaliśmy — a potem trzeba było jechać dalej, zawsze trzeba było jechać dalej. Dziewczynki ubrane były w białe odświętne sukienki i czarne pantofelki, tak żeby obcy ludzie od razu wiedzieli, jakie to miłe dzieci.

— Trzeba jechać dalej, dziewczynki — mówiłem. I jechaliśmy dalej.

Potem zaszło słońce, zjedliśmy kolację we włoskiej restauracji i wreszcie zapukałem do frontowych drzwi pięknego kamiennego domu Bernarda V. O’Hare. W dłoni ściskałem butelkę irlandzkiej whisky, jak dzwonek, którym wzywają na wieczerzę.


* * *

Poznałem jego uroczą żonę, Mary, której dedykuję tę książkę. Dedykuję ją również Gerhardowi Miillerowi, taksówkarzowi z Drezna. Mary O’Hare jest dyplomowaną pielęgniarką — trudno o bardziej odpowiedni dla kobiety zawód.

Mary wyraziła podziw dla dwóch dziewczynek, które przyprowadziłem, i wysłała je razem ze swoimi dziećmi na górę, gdzie miały bawić się i oglądać telewizję. Dopiero kiedy dzieci już sobie poszły, odczułem, że nie przypadłem Mary do gustu albo ja, albo coś związanego z tym wieczorem. Była uprzejma, ale bardzo sztywna.

— Macie miły, przytulny dom — powiedziałam i było to zgodne e prawdą.



9 из 152