
– Pan Marek Sypki? – zagadnął duchowny, podchodząc do metalowej furtki.
– Niech będzie pochwalony… Marek to dziadek mój był. Ja jestem Jan – wyjaśnił mężczyzna, odkładając mordercze narzędzie. – Dawno już pochowany, ale może ja w czym pomogę?
– Jest pan, eee… rzeźnikiem drzew?
Typek nieco pobladł i gestem zaprosił duchownego na podwórze. Otworzył drzwi chałupy. Weszli do izdebki. Urządzona była skromnie. Jedną ścianę zajmowała meblościanka. Nad tapczanem wisiał święty obrazek. Zasiedli w dwu zapadniętych fotelach.
– Rzeźnik drzew… Głupie określenie, sugeruje, że ja drzewa zabijam – prychnął. – A tu przecież nie o drzewo chodzi, tylko o tego parazyta, który w środku siedzi. Drzewo jest niewinne, a przez niego cierpi jak i człowiek. Aż w końcu bywa, że i umiera.
Zasiedli w fotelach.
– Nie chciałem pana urazić. Jeśli jest jakieś inne określenie pańskiej profesji… – zaczął proboszcz.
– Nie ma. Gdy je wymyślano, nikt nie przejmował się konwenansami. I tak już zostało.
Milczeli przez chwilę.
– Mam problem z drzewem – bąknął wreszcie duchowny.
Gospodarz westchnął bardzo smutno, ale nie powiedział nic. Spojrzał na stare zdjęcia zdobiące ścianę nad kominkiem. W jego wzroku malował się jakby wyrzut.
– Z drzewem na cmentarzu – uściślił proboszcz. – Odnalazłem pana, bo trzeba je zlikwidować.
– Jasna chol… – przypomniawszy sobie, że rozmawia z wysłannikiem Kościoła, urwał w pół słowa. – Proszę księdza, jest jeden problem.
– Koszta?
– Jakie tam koszta. – Machnął ręką. – Marne grosze ta usługa stoi.
– Zatem?
– Yyyy… Jak by to powiedzieć… Rzeźnikiem drzew był mój dziadek. Ojciec to go jeszcze parę razy widział przy robocie. A ja ojca raz. I mu się wtedy nie udało. U czubków teraz siedzi. Jak go przez łeb wicią chlasnęło, to ledwo wyżył i już nigdy normalny potem nie był.
