
Urszula (e-mail: Pana opowieść sprawiła, że odważniej analizuję moje uczucia. Przeżyłam wspaniałą noc z mężem po przeczytaniu „S@motności…”. Nie było mi tak dobrze nigdy wcześniej. A właśnie, jeśli o wyobraźni mowa, mam każenie, że duchowym prototypem Jakuba jest Pan sam. Może jednak się mylę… może to jest dobrze mi znane pragnienie, aby wszyscy oceniali mnie po tym, co myślę, czuję i po moich pragnieniach i marzeniach, a nie po czynach i decyzjach. One nie do końca wyrażają osobowość, prawda? (e-mail: Niesamowita, skończyłam czytać dziś po południu, zaczynam dziś wieczorem. Patia (e-mail: Recenzja na portalu Wirtualnej Polski – Że od dzisiaj już nigdy nie ubiorę zielonej bielizny… że jest jakaś magiczna siła w imieniu Jakub i że post-epilog był zbędny i jeszcze coś osobistego: nigdy tyle nie płakałam od urodzenia mojego synka Szymona Jakuba. A miał mieć na imię Jakub Szymon, tylko że jego ojciec prosił o Szymona. Teraz bardzo się cieszę, że wyprosił… I jestem bardzo szczęśliwa, że mam TAKIEGO MĘŻA i TAKIEGO SYNA i mam nadzieję, że nigdy nie będę musiała ubierać zielonej bielizny. (e-mail: Mój komentarz… będzie najbardziej subiektywny i najbardziej chemiczny, jaki można sobie wyobrazić. Piszę to w 40-stopniowej gorączce, jakiej to nabawiłam się kilka dni temu… Wracając z egzaminu z prawa międzynarodowego kupiłam „S@motność…”. Przeglądając pobieżnie strony, zdemolowałam 2 mężczyzn i 1 staruszkę z zakupami i w ramach rehabilitacji wniosłam jej zakupy na 4 piętro, po czym szybko pobiegłam do najbliższego parku… Czytałam, płakałam, chichrałam się jak koleś, który ujara się zielem… Piękne, wiosenne popołudnie, chłodny wieczór… Do domu wróciłam o 4 nad ranem. A teraz piszę do Ciebie, abyś mógł poczuć się odpowiedzialny za moje zapalenie płuc. Na dzień dzisiejszy nie znam lepszego antybiotyku od zaznaczonych markerem słów, zdań i całych stron Twojej powieści.