
Potęgowanie dramatu do granic absurdu niczemu nie służy. Niczego nie uczy. Dobrnęłam do końca, żeby się dowiedzieć, o co Panu chodziło. Bo o coś musiało chodzić, nie pisze się takich książek dla przysporzenia samej radości czytania czytelnikowi (no chyba że jest to czytelnik z jakąś patologią). Książka jest zazwyczaj odbiciem nastrojów autora (najlepszy przykład to choćby książki Virginii Woolf, Edwarda Stachury, zresztą wydaje się Pan być oczytany i nie muszę mnożyć przykładów). Jaki jest Pana stan umysłowy, że tworzy Pan takie rzeczy i uważa, że trzeba się z tym obnażyć? Chciał Pan zmusić czytelnika do refleksji? Nad czym, nad życiem bohaterów, którzy osadzeni w realiach bardzo dobrze nam znanych przeżywają życie z pewnością nie pisane Przez siebie ani bynajmniej przez los? To, co Pan zrobił, jest to po prostu znęcanie się nad czytelnikiem. Po lekturze takiej książki mogą jedynie bronić się przed ludźmi, którzy tworzą takie historie jak Pan. Książka nie zmusza do refleksji nad treścią, ale nad Pańską osobowością. Proszę mnie przekonać, że jest inaczej, abym nie uważała czasu spędzonego nad książką jako czasu straconego
Marta (e-mail: do wiadomości – JLW)
Drogi Panie!
Nie wiem, czy jestem gentlemanem, ale na Pańskiej stronie innej opcji dla rodzaju męskiego nie przewidziano. Pewnie snobizm, ale nieszkodliwy. Obejrzałem stronę. Robi korzystne wrażenie, ocieka informacjami, przelewają się z niej mądrości amatorskie niestety. A przyszedłem tutaj, ponieważ za 29 PLN kupiłem na bazarze Pańską „S@motność”. Chciałem się podzielić swoją uwagą, w zasadzie tylko jedną uwagą. Niech Pan już więcej nie pisze beletrystyki. Może chemia, informatyka wytrzymują Pańskie ciężkie pióro. Literatura jednak, znosząc wiele, nie znosi fałszu bez pokrycia, wydumania i pustosłowia. Powiedzmy, że nie mam do pana pretensji o zmarnowanie tych 29 PLN, co tam, jeden brunch w tą czy tamtą stronę, od którego nie zbiednieję. Ale niech te moje pieniądze na marne nie pójdą. Ponawiam zatem prośbę: Niech Pan już nie pisze…