
Tych dwóch przy stole to terminatorzy. Jeden z nich miał na tunice dystynkcje przyszłego astronawigatora, a drugi — miniaturowe koło zębate, odznakę inżyniera. Właśnie ten drugi zauważył Dana i odwzajemnił jego spojrzenie.
Asystent Szefa Ładowni pomyślał, że nigdy dotąd nie widział kogoś tak przystojnego. Czarne kędzierzawe, dość krótko ostrzyżone włosy otaczały opaloną w Kosmosie, ładną twarz o delikatnych rysach. Oczy miał ciemne, powieki ciężkie, a gdy podniósł kąciki perfekcyjnie wykrojonych ust, to nie uśmiechał się przyjaźnie, lecz cynicznie. Był ideałem kosmicznego bohatera z filmów propagandowych, które Dan nie raz musiał oglądać w Syndykacie, toteż natychmiast poczuł do niego niechęć.
Współbiesiadnik tej doskonałości był jej całkowitym przeciwieństwem. Naturalnie brązowa skóra tego grubociosanego człowieka nie mogła przybrać głębszego odcienia, ponieważ był on Murzynem. Z ogromną werwą opowiadał o czymś przyszłemu inżynierowi, lecz ten udzielał mu jedynie zdawkowych odpowiedzi.
Kąśliwa uwaga Artura sprowadziła myśli Dana do ich własnego stołu.
— Królowa Słońca — jak dla Dana, Artur wypowiedział tę nazwę zbyt głośno.
— Wolny Pośrednik… No cóż, Wikingu, będziesz miał okazję przyjrzeć się dokładniej życiu. W każdym razie nadal możemy z tobą rozmawiać, skoro nie zaokrętujesz się na żaden konkurencyjny statek.
Dan wysilił się na grymas imitujący uśmiech.
— Bardzo to wielkodusznie z twojej strony, Sands. Jakże miałbym narzekać, skoro człowiek Inter-Solaru raczy mnie dostrzegać?
Ricki wtrącił:
— To niebezpieczne, no, to Wolne Pośrednictwo…
Artur skrzywił się. Wokół ryzyka związanego z tą pracą może unosi się mgiełka czaru, ale przecież nie można tego publicznie potwierdzić!
