
— Ale nie wszyscy Wolni Pośrednicy docierają w Strefę Końca, mój drogi. Niektórzy odbywają po prostu regularne rejsy między uboższymi planetami, takimi, które odrzuciły Kompanie. Dan wyląduje pewnie na jakimś statku kursującym między jednym a drugim światkiem z kopulastymi wieżami miast i nie będzie mógł nawet na chwilę zdjąć swojej hauby.
Tego właśnie mi życzysz, co? — skonkludował Dan w myślach. Ta cała historia nie wydaje ci się dostatecznie przygnębiająca, żeby cię zadowolić, co, Sands? Przez sekundę zastanawiał się, dlaczego ten niezbyt przez niego lubiany kompan z Syndykatu znajdował taką przyjemność w znęcaniu się nad nim.
— Masz rację — poddał się skwapliwie Ricki. Dan zauważył jednak, że jego oczy wpatrują się w świeżo upieczonego Wolnego Pośrednika z odrobiną zazdrości.
— Wypijmy za całą Branżę! — Artur teatralnie uniósł swój kubek. — Dużo szczęścia dla Królowej Słońca! Dan będzie go potrzebował.
Te słowa znów zabolały Dana.
— Nic mi o tym nie wiadomo, Sands. Wolni Pośrednicy też zbijają fortuny. No, a ryzyko…
— No właśnie, chłopie, ryzyko! Na jeden Wolny Frachtowiec, któremu się udało, jest setka, albo i więcej takich, którym nie starcza na opłaty portowe. Szkoda, że nie miałeś wpływu na te twoje „nadprzyrodzone siły”…
Dan miał już dosyć. Odsunął się od stołu i spojrzał Arturowi prosto w oczy.
— Jadę tam, gdzie przydzieliło mnie Centrum — rzekł poważnie. — Cała ta gadka, że Wolne Pośrednictwo jest takie niebezpieczne, nie jest warta jednej spadającej gwiazdy. Dajmy sobie rok w Kosmosie, Sands, a potem porozmawiamy.
— Jasne! — Artur roześmiał się. — Daj mi rok z Inter-Solarem, a sobie weź ten rok w rozwalonym pudle. Postawię ci wtedy obiad, biedaku, bo nie będziesz miał nic na koncie. Założę się o dziesięć kredytów, że mam rację. A teraz — spojrzał na zegarek — mam zamiar zerknąć na Gwiezdnego Posłańca. Ktoś chciałby się może przyłączyć?
