
Ricki i Hanlaf najwyraźniej mieli ochotę, bo szybko unieśli się z krzeseł. Dan nie poruszył się, kończył swój wyśmienity obiad, pewien że minie sporo czasu, zanim będzie miał w ustach coś równie doskonałego. Uznał, że udało mu się zachować dobrą minę do złej gry, choć był już potwornie zmęczony Sandsem. Nie pozostawiono go jednak w spokoju. Ktoś podszedł od tyłu i wśliznął się na miejsce Rickiego.
— Masz przydział na Królową Słońca, kolego?
Dan drgnął. Czy był to kolejny dowcip Sandsa? Tym razem jednak ujrzał przed sobą szczerą twarz asystenta astronawigatora z sąsiedniego stołu i uspokoił się.
— Tak, dopiero co go dostałem. — Podał swojemu rozmówcy identyfikator.
— Dan Thorson — odczytał Murzyn głośno. — Jestem Rip Shannon, Ripley Shannon, jeśli wolisz. A ten — wskazał na gwiazdę filmów propagandowych — to Ali Kamil. Obaj jesteśmy z Królowej. Jesteś asystentem Szefa Ładowni — zakończył stwierdzeniem raczej niż pytaniem.
Dan przytaknął i przywitał Kamila, łudząc się, że niechęć, którą odczuwał do tego człowieka nie była zauważalna. Stwierdził, że Kamil przygląda mu się taksująco i że z jakichś przyczyn, po krótkiej lustracji, został uznany za twór niedoskonały.
— Idziemy teraz na statek. Dołączysz do nas? — w słowach Ripa było dużo życzliwości, więc Dan przystał na propozycję.
Wsiedli na ślizgacz, który potoczył się wzdłuż pola startowego w stronę dalekich rusztowań z uwięzionymi w nich statkami. Rip podtrzymywał rozmowę i Dan czuł do tego barczystego, młodego człowieka coraz więcej sympatii. Shannon był trochę starszy — mógł to być ostatni rok jego terminowania. Dan doceniał każdą uzyskaną od niego informację o Królowej i jej załodze.
W porównaniu z wielkimi statkami Kompanii Królowa Słońca była miniaturowych rozmiarów. Załoga składała się tylko z dwunastu członków, wobec tego każdy miał na głowie sporo obowiązków. Na kosmolotach akwizycyjnych ścisła specjalizacja nie była możliwa.
