
Słuchałem go przygotowując pocztę do wysłania.
– Sprawdziłem wszędzie, nawet do książki telefonicznej zajrzałem – dokończył. – W Krakowie nie ma żadnych Kruszewskich.
– A dlaczego pan sądzi, że była z Krakowa? – zaciekawiłem się. – Skoro sam pan wspomniał, że miała dziwny, jakby kresowy akcent…
– Dlatego tak sądzę, wielki detektywie, – uśmiechnął się z politowaniem – że powiedziała, iż czasem lubi wpaść i popatrzeć sobie na ten obraz. Z tego wydedukowałem, że musi mieszkać gdzieś niedaleko. Bo przecież nie będzie jechała przez pół Polski tylko po to, żeby wpaść do muzeum. Zwłaszcza, że nie potrzebuje nawet kopii tego obrazu. Wystarczy, że popatrzy w lustro.
Kiwnąłem głową.
– Może mieszkać gdzieś daleko, ale chodzić do liceum w Krakowie – zasugerował Szef. – Albo studiować…
– Chyba ciut za młoda. No chyba, że jest na pierwszym roku – powiedział pan Lucjusz. – Tak więc te dwie dziewczyny były jedynymi, od których kiedykolwiek słyszałem pytanie o to urządzenie.
– Jak wygląda ten atanator? – zainteresowałem się.
– Chodźcie, pokażę wam – uśmiechnął się.
Wstaliśmy. Magazyn muzealny urządzony był na strychu. Gospodarz otworzył ciężkie stalowe drzwi i wkroczyliśmy pomiędzy regały zastawione gęsto drewnianymi skrzyniami i tekturowymi pudłami.
– Nie mamy tu właściwie nic cennego – powiedział. – Kilka starych zastaw stołowych, setki świeczników z różnych epok, trochę secesyjnych sreber i całą kupę przedmiotów codziennego użytku z ubiegłego wieku i początków naszego. Nie wystawiamy ich, no za wyjątkiem niewielkich wystaw tematycznych od czasu do czasu. A oto i nasz eksponat.
W kącie magazynu stało coś w rodzaju blaszanego piecyka typu koza. Czarne blachy poznaczone były wżerami w miejscach, gdzie troskliwa ręka uzbrojona w nasączoną naftą szmatkę usunęła rdzę. Od spodu znajdował się zbiornik na oliwę, wykonany z pociemniałego mosiądzu. Dyrektor otworzył pokrywę, osadzoną na zawiasach i naszym oczom ukazało się wnętrze piecyka.
