
Dla obu wojna już się skończyła, gdyż poważnie ranny Ziemianin bliski był śmierci, a Orligianin nie wiedział, kiedy — jeśli w ogóle — ktokolwiek odbierze jego sygnał alarmowy i przybędzie na ratunek. Podczas sześciogodzinnej walki ich wzajemna nienawiść zmalała, a potem ustąpiła miejsca szacunkowi dla przeciwnika, który pokazał klasę i profesjonalizm. Spróbowali się więc porozumieć i w końcu dopięli swego.
Nie poszło im łatwo, musieli bowiem pokonać wiele uprzedzeń i czysto technicznych trudności, ale gdy już zaczęli rozmawiać, byli wobec siebie całkiem szczerzy. Orligianin wiedział doskonale, że wyjawiając poufne dane, wydaje na siebie wyrok śmierci, Ziemianin dostrzegł z kolei współczucie, którym obdarzyła go obca istota, a był zbyt ciężko ranny, by dbać o to, co mówi o przełożonych. Dzięki temu dowiedział się, że cała ta wojna zaczęła się od drobnego i głupiego wręcz nieporozumienia.
Dogadywali się coraz lepiej, gdy w pobliżu pojawiła się inna orligiańska jednostka. Wylądowała na planecie, a po rozpoznaniu sytuacji użyła wobec wraku ziemskiego okrętu swojego stopera.
Nawet teraz MacEwan nie pojmował do końca zasad działania tego podstawowego orligiańskiego oręża wojny kosmicznej. Broń mogła zamknąć całą jednostkę albo jej żywotne części w polu staży, gdzie ustawał wszelki ruch. Nie powodowało to zniszczeń sprzętu ani obrażeń u istot żywych, ale wystarczyło, żeby ktokolwiek dotknął choćby zamrożonego obiektu albo spróbował wbić igłę w skórę unieruchomionego człowieka, a następowała potężna eksplozja, której siła porównywalna była z detonacją ładunku nuklearnego.
