
Pochodził z Georgii, był typem starego dżentelmena z południa. Nigdy nie zdołał polubić bostońskiej szorstkości Rizzoli, ona zaś nigdy nie potrafiła traktować z sympatią jego nieelastyczności. Jedyną rzeczą, która ich łączyła, były ludzkie szczątki, przechodzące przez jego stół do sekcji zwłok.
A jednak teraz, gdy pomagała mu wstać, zasmuciła ją jego kruchość; przyszedł jej na myśl dziadek, którego była ulubioną wnuczką – może dlatego, że widział w niej swoją własną dumę i nieustępliwość. Przypomniała sobie usiłowania dźwignięcia go z fotela, gdy jego zdrętwiałe skutkiem udaru palce zaciskały się niczym szpony na jej ramieniu. Nawet ludzie tak aktywni jak Aldo Rizzoli bywają z czasem obezwładnieni wskutek osteoporozy. Widziała ten sam rezultat u doktora Tierneya, który trząsł się mimo straszliwego upału, wycierając chusteczką spocone czoło.
– Doskonały przypadek na zakończenie kariery – powiedział.
– Przyjdziesz na przyjęcie z okazji mojego przejścia na emeryturę?
– Na jakie przyjęcie?
– Na to, które ma być dla mnie niespodzianką.
Westchnęła.
– Przyjdę – wygadała się.
– Nareszcie!
Ty jedna nigdy nie kręciłaś.
Czy to będzie w przyszłym tygodniu?
– Za dwa.
Nic o tym nie wiesz, rozumiesz?
– Cieszę się, że mi powiedziałaś.
Spuścił głowę.
– Nie lubię być zaskakiwany.
– Co sądzisz o denacie, doktorze?
Ktoś go potrącił i uciekł?
– Uderzenie nastąpiło w tym miejscu.
Rizzoli spojrzała na rozległą plamę krwi na asfalcie. Potem przeniosła wzrok na przykryty płachtą tułów, który leżał na chodniku, dobre dwanaście stóp od plamy.
