
Wyprostowała się i spojrzała na ulicę.
Nie było widać śladów opon ani odłamków szkła lub plastiku, które niewątpliwie powinny pozostać na jezdni po tak katastrofalnym zderzeniu z ludzkim ciałem.
Zaległa cisza.
Patrzyli na siebie, myśląc intensywnie, dopóki nie zaświtało im jedyne wytłumaczenie. Jakby na potwierdzenie ich domysłu, usłyszeli ryk przelatującego odrzutowca. Spojrzawszy w górę, Rizzoli ujrzała 747, który podchodził do lądowania na międzynarodowym lotnisku Logana, znajdującym się pięć mil na północny wschód od miejsca, w którym teraz przebywali.
– Jezu – westchnął Frost, osłaniając ręką oczy przed słońcem.
– Spadać z takiej wysokości.
Powiedzcie, że był martwy, nim się roztrzaskał.
– Jest taka możliwość – odparł Tierney.
– Musiał wypaść w momencie, kiedy luk podwozia otworzył się przed wylądowaniem.
Przypuszczam, że leciał nielegalnie.
– Cóż – powiedziała Rizzoli.
– Mnóstwo pasażerów na gapę próbuje uciec ze swoich krajów.
Spojrzała na oliwkową cerę mężczyzny.
– Pewnie przyleciał skądś z Ameryki Południowej.
– A zatem leciał na wysokości przynajmniej trzydziestu tysięcy stóp – oświadczył Tierney.
– Luk podwozia nie jest zabezpieczony przed zmianą ciśnienia.
Gapowicz jest narażony na nagłą dekompresję i zmianę temperatury. Nawet w lecie temperatura na tej wysokości jest taka jak w zamrażarce. Po paru godzinach spędzonych w takich warunkach delikwent, prócz tego, że znajdzie się w stanie hipotermii, będzie nieprzytomny z powodu braku tlenu… o ile nie został wcześniej zmiażdżony przez podwozie chowające się w luku po starcie samolotu. Dłuższe przebywanie w luku mogło uśmiercić go wcześniej.
Dźwięk pagera Rizzoli przerwał wykład w momencie, kiedy Tierney zaczął wchodzić w swój profesorski ton.
Spojrzała na wyświetlacz, ale numer dzwoniącego nic jej nie mówił. Prefiks oznaczał Newton. Sięgnęła po swój telefon komórkowy i wystukała ten numer.
