
– Jakoś sobie z tym poradzimy.
Ach, jakie to ciekawe, jakie intrygujące! Magdalena była tak podekscytowana, że brakowało jej tchu w piersiach. Chłopiec przyprowadził ją do sągu drewna, przygotował dla nich siedzisko, a potem wyjął z kieszeni chusteczkę do nosa i wytarł do czysta drewniane bale. Magdalena usiadła ostrożnie, z uczuciem, że bierze udział w czymś naprawdę skandalicznym, ale wcale tego nie żałowała.
– Wiesz, jutro już wracam – wyjaśnił Christer. – A musiałem z tobą porozmawiać, bo tak paskudnie się wobec ciebie zachowałem. Chciałem to naprawić.
Dziewczynka przeżywała wszystko tak intensywnie, jakby chciała wessać w siebie każdą kroplę, każdy okruch tej chwili. Sękate, a mimo wszystko gładkie bale, jeśli można użyć tak sprzecznych określeń, świeżozielona zasłona liści, tworząca nad ich głowami sklepienie jakby wytwornej sali, drewno pod palcami, trawa pod stopami, no i ten chłopiec obok niej. Nigdy nie przypuszczała, że między dwojgiem ludzi mogą przepływać takie prawie namacalne strumienie… Jak gdyby ktoś wbijał w skórę cieniusieńkie igiełki i wpuszczał nimi samą przyjemność! Nie mogła oderwać wzroku od jego niesfornej czupryny, wesołych, dość głęboko osadzonych oczu, zabawnej szczerby między zębami, leciutko zadartego nosa. Jego twarz wydawała się taka harmonijna, być może dlatego, że biła z niej prawdziwa, szczera życzliwość.
– Czy to prawda, że umiesz czarować? – zapytała nieśmiało, czerwieniąc się jak piwonia.
Christer usiłował zachowywać się nonszalancko, ale nie bardzo mu się to udawało.
– A, o to ci chodzi! E, to nic takiego, nie ma o czym mówić. – Machnął ręką z udawaną obojętnością. – Teraz tylko ty się liczysz. Dlaczego tu jesteś?
Pochyliła głowę. Tak bardzo nie chciała, by ten przemiły chłopiec odjeżdżał.
– Twierdzą, że muszę być chora, bo nie jem. Ale to nie jest prawda. Po prostu bardzo się boję.
