
Po kwadransie przyszedł Jordi, ubrany w długie jasne spodnie, bawełnianą koszulkę i sandały. Pewnie wszystko pożyczył od Antonia. Nie wydawał się już taki sinoniebieski i taki potwornie chudy jak tego dnia, kiedy zobaczyła go po raz pierwszy, ale pociągający był nadal, i to może bardziej niż przedtem.
Ponieważ Jordi stał, a ona leżała, zdawał się potężny jak jakiś władca, w każdym razie ktoś obdarzony wielkim autorytetem, choć to przecież nieprawda, Jordi nie miał w sobie nic dominującego. Pod tą przerażającą powłoką mrozu był najbardziej ciepłą osobą, jaką Unni kiedykolwiek spotkała. I to właśnie ciepło zarejestrowała już przy pierwszym spotkaniu, tego ciepła nie potrafiła zapomnieć.
No i oczywiście jego powierzchowności, takiej wyjątkowej. Szczerze mówiąc, to powierzchowność Jordiego tak ją oczarowała, oślepiła i sprowadziła na manowce,
– Nie będę się kładł – oznajmił. – Możesz spać spokojnie. Ja posiedzę w fotelu.
– Ale gdybyś poczuł się zmęczony, to przecież możesz skorzystać ze swojej połowy łóżka – Unni uśmiechnęła się przyjaźnie.
Jordi wahał się przez chwilę.
– No dobrze, przecież w żaden sposób ci nie zagrażam.
Nie, niestety, nie zagrażasz, pomyślała z ciężkim westchnieniem.
Jordi wyjął pociemniałą skórzaną mapę. Unni przyglądała się jej z wielkim sceptycyzmem.
– Nie będziesz musiała tego bezpośrednio dotykać – uśmiechnął się uspokajająco, widząc jej przerażone spojrzenie. – Włożymy mapę pod poduszkę, żeby ci nie mogła zrobić wielkiej krzywdy.
Nigdy nic nie wiadomo, pomyślała Unni. Nie cieszyło jej to wszystko, tamta wizja z samolotu naprawdę budziła grozę. No, ale mus, to mus.
