– Zobacz, tam jest postój taksówek. I stoi jakiś samochód.

– Oszalałeś! – wydusiła z siebie Unni. – Mamy jechać taksówką do doliny Carranza?

– Przynajmniej kawałek do przodu. Powinniśmy się stąd oddalić, a nie możemy jechać główną drogą, bo tam będą nas ścigać. Musimy ruszyć w góry.

Unni powlokła się za nim niechętnie, ale widząc, że kierowca taksówki dyskutuje z jakąś młodą dziewczyną, jęknęła:

– Ach, nie, byle tylko nie podebrała nam samochodu! Znaleźli się już prawie przy aucie i usłyszeli, jak dziewczyna mówi:

– Ależ ja muszę spotkać się z tą grupą turystów w Balmaseda. Jutro rano, o ósmej…

Urwała, pytająco patrząc na Antonia i Unni, którzy właśnie podeszli.

– Balmaseda? – powtórzył Antonio, Twarz mu się rozjaśniła, jakby oświetlona wewnętrznym blaskiem. – Przecież my właśnie tam się wybieramy, możemy się przyłączyć? Podzielimy się rachunkiem.

Kierowca, prawdziwy Bask, uśmiechając się szeroko i życzliwie, stwierdził tylko:

– Masz dużo szczęścia, Silvio!

Otworzył drzwiczki swojego białego mercedesa. Unni padła na tylne siedzenie, a dziewczyna, Silvia, dziękując za wybawienie, zajęła miejsce z przodu. Uciekł jej ostatni autobus, a José – Luis miał dyżur i nie mógł jej prywatnie zawieźć do Balmaseda, chociaż byli starymi przyjaciółmi. Unni dobrze to rozumiała. Gdy Antonio ustalał cenę z kierowcą, Unni z całych sił starała się nie oglądać za siebie, taki gest mógł za bardzo rzucać się w oczy. Po głosie Antonia poznawała, że i on próbuje stłumić gorączkową nerwowość, zatem również on nie czuł się najpewniej. Zamiast więc wypatrywać ewentualnych prześladowców, zrobiła jedyną możliwą w tej sytuacji rzecz, mogącą ochronić ją przed wrogiem: osunęła się najniżej jak tylko się dało na siedzenie i swoim łamanym hiszpańskim powiedziała:

– Ach, jak cudownie móc wreszcie usiąść! Taksówka ruszyła, kierując się w stronę Balmaseda.



11 из 155