
Mieli przed sobą trzydzieści kilometrów. To połowa drogi do Carranza.
Dolina Carranza? Unni najchętniej wróciłaby do Jordiego i reszty przyjaciół w Veigas, lecz to było niemożliwe.
– Dołączę do niewłaściwej grupy – zwróciła się do Antonia po norwesku.
– Będziesz u nas mile widziana – uśmiechnął się w odpowiedzi. – Tamten podział i tak był strasznie niesprawiedliwy. Wszyscy silni znajdowali się w grupie Jordiego. Teraz przynajmniej będziemy mieć ciebie.
Uśmiechnęła się blado.
– Skąd wiedziałeś, że mamy jechać do Balmaseda?
– Sprawdzaliśmy drogę do Carranza, zanim ja… No cóż, zanim znalazłem się tutaj, w Bilbao. Tamci musieli już minąć Balmaseda.
Unni cały czas starała się odzyskać normalny rytm oddechu.
– Mówiłeś coś, że musieliśmy zostać uśpieni. Ale to się nie zgadza w czasie.
– No właśnie, wiem o tym. Przecież wtedy minęło zaledwie kilka minut.
– Tak, patrzyłam na zegarek. Chyba że upłynęła cała doba?
– Nie sądzę, żeby tak było. Co tu się dzieje, Unni?
Dziewczyna z rezygnacją pokręciła głową.
– Muszę zadzwonić do Jordiego.
– Dobrze, zadzwoń i spytaj, czy mieli jakiś kontakt z moją grupą.
Unni nie śmiała ponownie zerkać na zegarek. Prawdopodobnie zrobiło się już skandalicznie późno, ale ona po prostu musiała porozmawiać z Jordim.
Udało się z nim połączyć. Prawdę mówiąc, czekał na jej telefon. Cudownie było usłyszeć jego głos.
– Jordi, wydostaliśmy się. Ocalił nas gryf Asturii, jesteśmy wolni!
– Całe szczęście! Juana i Miguel jeszcze cię szukają, zaraz sprowadzę ich tu z powrotem. Ale co się właściwie stało, gdzie wy jesteście?
Unni opowiedziała mu o Emmie i mnichach, a na koniec oświadczyła:
– Kierujemy się do Carranza. Przenocujemy w Balmaseda, tam wynajmiemy samochód i spotkamy się z grupą Antonia w Ramales de la Victoria w pobliżu doliny Carranza. W dolinie sępów, wiesz „tam, gdzie orły będą małe”.
