W końcu Jordi był bliski rozpaczy. Pedro pojechał nawet samochodem spory kawałek drogą pod górę, lecz nigdzie nie napotkał żadnego śladu Unni. Nadzieją Jordiego pozostawał jeszcze stary kościół. Może jakimś przypadkiem Unni zamknęła się w środku i nie mogła wyjść? Ale nie, z zewnątrz w drzwiach kościoła nie było klucza, zresztą i dookoła, i w środku panowała cisza.

W rozpaczy zaczął ją wołać po imieniu. Jego krzyk był jak otwarta rana, tak przynajmniej Juanie powiedziała Gudrun, gdy go usłyszała.

W końcu zebrali się przy zabudowaniach, usiłując zrozumieć, co się stało, i omówić, co robić dalej. Jordi miał twarz ściągniętą i zszarzałą, a twarze pozostałych również wyrażały przybicie i strach.

Stali tak pełni rezygnacji.

Nagle w kieszeni Jordiego rozdzwonił się telefon.

– Unni! – zawołał rozradowany, słysząc jej głos. – Dzięki Bogu, gdzie ty jesteś?

– Bardzo mądre pytanie! Jestem w jakiejś nieznanej mi bliżej, ciemnej małej komórce i jest tu ze mną Antonio.

– Co takiego? Antonio jest w Veigas?

– Nie, chyba nie jesteśmy w Veigas, słyszymy ruch na ulicy.

– To gdzież wy, na miłość boską…

– Sami nic z tego nie rozumiemy. Antonio był w Baskonii, przeniesiono go tu w ciągu sekundy. Tak samo jak mnie. Ale Antonio twierdzi, że jego grupa ściągnęła na siebie coś strasznego.

– Co masz na myśli, mówiąc o czymś strasznym? Czy mogę porozmawiać z Antoniem?

Antonio przejął telefon, – Nie, nie wiem, co to jest, ale to coś prześladuje nas przez całą drogę. I wszyscy, co do jednego, straciliśmy nasze komórki. Nie wiem, gdzie są tamci, zmierzaliśmy do doliny Carranza, lecz oczywiście nie mogę się z nimi skontaktować przez telefon. To jakiś kompletny absurd, Jordi, ale obiecuję ci, że będę się opiekował Unni. Pst! Ktoś idzie, może dowiemy się teraz czegoś więcej. Damy wam jeszcze znać!



7 из 155