
Jechali przez dwa dni, mijając kolejne doliny, coraz głębsze i bardziej dzikie. Od czasu do czasu napotykali maleńkie wioski, ale trudności z porozumiewaniem się z ich mieszkańcami okazały się zbyt wielkie. Nie zdołali nawet wyjaśnić, że pragną dotrzeć do dużego cywilizowanego miasta, wszystko jedno jakiego. Tu właśnie bowiem, w tej krainie, z dala od zamętu rewolucji, pragnęli się osiedlić.
Nie mieli jednak zamiaru zostawać na takim pustkowiu!
A potem nadszedł dzień, kiedy to po raz ostatni obrali niewłaściwą drogę. Znaleźli się w kolejnej przełęczy – głębokiej szczelinie, do której ledwie docierało światło słońca. Przełęcz leżała wysoko w górach, a gdy ją pokonali, byli już w zaczarowanym lesie.
Wstrzymali konie.
Powoli chłonęli atmosferę ciepłego, wilgotnego popołudnia. Gałęzie drzew opadały prawie na ich głowy, gałęzie tak ciężkie i pradawne, jakby liczyły sobie co najmniej tysiąc lat. Zwisający z nich mech był lepki, oślizgły od starości i stęchłego powietrza. Znikąd nie dochodził żaden dźwięk, panowała absolutna cisza, która zdawała się bezgłośnie oddychać.
Jakby las oniemiał z chwilą, gdy się w nim znaleźli.
– Ruszajmy dalej – mruknął baron. – Jestem głodny. Ta droga musi wszak dokądś prowadzić.
I tak w istocie było. Jeszcze pół godziny przedzierali się przez upiorny las, gdy nagle otworzyła się przed nimi dolina i roztoczył widok na niewielkie miasteczko.
Dolina stanowiła jakby kocioł między górami, ale nie było widać żadnego traktu, który wiódłby dalej. Baron zadrżał; spłynęło nań przeczucie, że znaleźli się u kresu drogi, kresu swej podróży.
