Ale zapasy dawno się skończyły. Tego dnia jechali już tak długo, że w całym ciele wyraźnie czuli skutki wyczerpania. Obydwaj byli poirytowani dającym się we znaki głodem i zmęczeniem, a zwłaszcza niekończącą się jazdą przez dzikie ostępy, jazdą, która, jak słusznie przeczuwali, nie przybliżyła ich wcale ku wymarzonym miastom. Las, który właśnie opuścili, zdawał się niczym lepki ciężar przytłaczać ich ramiona.

Przystanęli w punkcie, skąd roztaczał się znacznie lepszy widok na miasteczko położone na dnie doliny.

Podnieśli oczy ku niebu, śledząc wzrokiem dwa krążące w powietrzu kruki. Czarne ptaszyska poderwały się do lotu z urwiska, groźnie wznoszącego się po drugiej stronie osady. Bezszelestnie przecinały powietrze, zataczając koła coraz bliżej mężczyzn na ścieżce.

Francuzi obserwowali je z zapartym tchem.

W końcu jeden z kruków znalazł się tak blisko, że magli spojrzeć prosto w błyszczące, czarne jak węgiel ptasie oko. A potem jeden ruch silnych, lśniących skrzydeł i ptaki, uznając swą wyprawę zwiadowczą za zakończoną, zawróciły do gniazda, które musiało znajdować się gdzieś na porośniętej lasem skale.

Mężczyźni wymienili spojrzenia i popędzili konie.

– Miasteczko sprawia wrażenie wymarłego – zauważył Yves.

– Mamy już późne popołudnie. Ludzie pewnie poszli na nieszpory.

W gromadzie domów dostrzegli nieduży kościółek; ale nie był on podobny do ich rzymskokatolickich świątyń. W tym kraju ludzie najwyraźniej byli wyznania prawosławnego, stwierdzili.

Znaleźli się teraz na dnie doliny i nareszcie mogli poruszać się po płaskim terenie. Jechali powoli, jakby niechętnie, z wahaniem.

To sprawił ten las, myślał Yves, trzydziestoletni kawaler. Ten las jakby odebrał nam całą odwagę i pozostawił jedynie niewiarę we własne siły i zniechęcenie.



5 из 188