
Stryj był starszy od niego jedynie o dziesięć lat. I on także był zatwardziałym kawalerem. We Francji cieszyli się wielką sławą niepoprawnych uwodzicieli i to napawało ich dumą. Teraz wszystko, co łączyło się z ojczyzną, stało się tak odległe, zarówno w czasie, jak i przestrzeni…
Zdawali sobie sprawę, że nigdy nie będą mogli tam powrócić.
– Wiem, że w tym przeklętym kraju jest gdzieś duże miasto – rzekł baron. – Nazywa się Kluż albo Klausenburg i jest stolicą Siedmiogrodu. Jeszcze inne nazywa się Sybin, a w obu miastach mówi się i po niemiecku, i po węgiersku. Niemiecki przynajmniej choć trochę znamy. Ale dlaczego, dlaczego nie możemy tam dotrzeć? Jak długo będziemy musieli wałęsać się po tych lasach i dolinach, z dala od wszelkiej cywilizacji, wśród ludzi tak prymitywnych, że nie rozumieją nawet mowy gestów?
Miły baron oceniał sytuację cokolwiek niesprawiedliwie. Można się było domyślić, że mieszkańcy tutejszych okolic nie lubią być traktowani przez obcych niczym krowie łajno. Dlaczego więc mieliby odpowiadać arogantom? Jeśli ci dwaj chcą się pysznić i spoglądać z pogardą, to niech radzą sobie sami!
Tak jak ten ostatni człowiek, którego spotkali niedaleko rozstajów. Z pewnością widział, że zadzierający nosa obcy przybysze o wyszukanych manierach pojechali w złą stronę, kierując się ku pustkowiom. Ale to wyłącznie ich sprawa. Jeśli oni chcą jechać przez bezdroża, mnie to nie obchodzi, pomyślał góral, nie przerywając wędrówki. Nie był wcale człowiekiem o kamiennym sercu, ale czy musi godzić się na to, by przywoływano go niczym psa?
Dlatego właśnie baron i Yves znaleźli się teraz w drodze ku przylegającym do siebie domom wyrosłym prosto z ziemi, o dachach krytych poczerniałym pofałdowanym gontem. Ponieważ większość domów nie miała okien wychodzących na ulicę, z początku osada sprawiała wrażenie wymarłej. Jechali powoli małą uliczką, rozglądając się uważnie dokoła, gdy nagle zauważyli, że droga na przeciwległym krańcu doliny pnie się w górę.
