– Powiadają, że chyba ku Christianii.

– No cóż, tam pojmają go żołnierze.

– Wątpię – mruknął Niklas.

Kaleb, który osiągnął już piękny wiek siedemdziesięciu siedmiu lat, ale umysł wciąż miał całkiem jasny, powiedział:

– W każdym razie nie musimy zbyt serio traktować wytworów wyobraźni pijanego człowieka.

– Nie jestem tego taki pewien – zaprotestował Andreas. – Nie podoba mi się to, co mówią, że przybył tu z maleńkiej górskiej doliny na północy…

– Och – westchnął Mattias.

Alv, świadom, że będąc jedyną nadzieją całej rodziny jest bardzo kochany i może pozwolić sobie na wiele wykrzyknął:

– Wielkie nieba! Kim wobec tego jest?

Nikt nie odpowiedział. Dopiero dziad Alva, Andreas odezwał się powoli:

– Sądzę, że nie powinniśmy wciągać w to niebios Alvie. I najlepiej będzie, jak zapomnimy o tych potwornościach.

– Nie – przerwał Niklas. – Nie wezwałem was tutaj tylko po to, by rozprawiać o plotkach. Zwlekałem z przekazaniem wam pewnej wiadomości, ale uważam, że powinniśmy potraktować tę sprawę poważnie.

Wyciągnął z kieszeni zwitek papieru.

– Co tam masz? – zainteresował się Andreas.

– List. Od Villemo.

– Od Villemo? – powtórzył Kaleb. – Dlaczego napisała do ciebie, a nie do nas?

– Dostałem go parę dni temu, ale zrozumiałem dopiero teraz, kiedy dowiedziałem się o przeżyciach tego pijaka.

Po krótkiej chwili Kaleb poprosił:

– Przeczytaj go zatem.

Był pochmurny letni dzień. Siedzieli w starej części Lipowej Alei, przy otwartych drzwiach do hallu, mogli więc widzieć witraż Benedykta i namalowane przez Silje portrety czwórki jej rodzonych i przybranych dzieci. Niklas siedział w taki sposób, że jego wzrok padał na wizerunek Sol. Nie wiedział, jak rozumieć jej szelmowski uśmiech: czy miał dodawać im odwagi, czy też ostrzegał przed niebezpieczeństwem?

Zaczął czytać:

Drogi Niklasie!



10 из 192