
Jednej ofiary. Córki Eve.
– Nie ma to nic wspólnego z przyzwoitością. Po prostu muszę to robić. Dzięki za współpracę, szeryfie. Niech pan do mnie zadzwoni, gdyby potrzebował pan pomocy w dotarciu do naszego wydziału patologii.
– Będę wdzięczny za pomoc.
Joe zaczął schodzić z góry, ale się zatrzymał. Do diabła, najwyżej szeryf znów się obrazi. Najwyraźniej ta sprawa go przerastała, a zanim ktoś kompetentny przyjedzie na miejsce, nie będzie już żadnych śladów.
– Czy mógłbym coś zasugerować?
Bosworth przyglądał mu się podejrzliwie.
– Niech pan wezwie kogoś, kto zrobi zdjęcia szkieletu i miejsca, gdzie został znaleziony.
– Miałem zamiar tak postąpić.
– Niech pan to zrobi teraz. Zaraz. Wiem, że pańscy ludzie starają się zabezpieczyć ślady, ale przypuszczalnie więcej tu zaszkodzą, niż pomogą. Powinno się użyć wykrywacza metalu, żeby sprawdzić, czy nie ma czegoś pod warstwą ziemi. Archeolog sądowy powinien zająć się wydostaniem kości, a entomolog zbadaniem martwych owadów i larw. Prawdopodobnie na entomologa jest już za późno, ale nigdy nie wiadomo.
– U nas nie pracują tacy specjaliści.
– Może ich pan znaleźć na uniwersytecie. W ten sposób uniknie pan późniejszej kompromitacji.
Bosworth zastanawiał się przez chwilę.
– Może tak zrobię – powiedział wolno.
– To pańska sprawa.
Joe zszedł na dół i ruszył do samochodu zaparkowanego na żwirowej drodze.
Kolejne pudło. Raczej należało się tego spodziewać. Jednakże musiał sprawdzić. Zawsze musi sprawdzać. Któregoś dnia będzie miał szczęście i znajdzie Bonnie. Musi ją znaleźć. Nie ma wyboru.
Bosworth przyglądał się odchodzącemu Quinnowi. Niezły facet. Trochę za zimny i zamknięty w sobie, ale to pewno wynikało z kontaktów z tymi wszystkimi łajdakami w mieście. Dzięki Bogu tu nie było szaleńców, jedynie dobrzy ludzie, którzy starali się porządnie żyć.
Facet od szkieletów.
