
Bosworth spojrzał na szkielet. Z czymś takim Quinn miał do czynienia na co dzień. Sam szukał tych kości. Niech sobie szuka. Bosworth chętnie pozbędzie się parszywego znaleziska. Jego ludzie nie muszą doprawdy zajmować się…
Zabrzęczał radiotelefon i Bosworth nacisnął guzik.
– Słucham, Bosworth.
– Quinn!
Joe obejrzał się przez ramię.
– Co?!
– Niech pan tu wraca. Mój zastępca właśnie mnie zawiadomił, że na przełęczy znaleziono następne ciała. No, szkielety.
– Ile? – spytał Joe.
Okrągła twarz Boswortha zbladła w porannym świetle.
– Jak na razie osiem. Jeden z nich to może być dziecko.
Znaleźli ciała w Talladedze.
Don wyłączył telewizor i oparł się wygodniej w fotelu, rozważając konsekwencje. Chyba po raz pierwszy znaleziono zabite przez niego osoby. Zawsze działał bardzo ostrożnie i metodycznie, nie wahając się przed nadłożeniem drogi. W tym wypadku pojechał nawet dość daleko. Wszystkich tych ludzi zabił w Atlancie i przetransportował ciała na swój ulubiony „cmentarz”.
Teraz je odnaleziono, choć nie dzięki uporczywym poszukiwaniom, ale wybrykowi natury.
Czy też dzięki nieprzewidzianym wyrokom boskim?
Każdy fanatyk religijny powiedziałby, że Bóg spowodował odkrycie ciał, aby mordercę dosięgła zasłużona kara.
Uśmiechnął się. Niech diabli wezmą wszystkich tych świętoszkowatych fanatyków! Jeśli Bóg istnieje, chętnie się z Nim zmierzy. Właśnie czegoś takiego w tej chwili potrzebował.
