
– Odpłaci ci za to.
– Zaryzykuję.
Basil wzruszył ramionami. Nie miał wątpliwości, że Quinn nie zawaha się przed niczym, żeby załatwić sprawę po swojej myśli.
– W porządku, zrobię, co chcesz. Z przyjemnością zobaczę, jak dostaniesz po nosie.
– Dobrze. – Quinn podszedł do drzwi. – Wrócę za godzinę.
– Wychodzę na obiad. Przyjdź za dwie godziny. – Drobne zwycięstwo. – Sądzisz, że to córka Duncan, co?
– Nie wiem. Może.
– I chcesz, żeby matka zajmowała się rekonstrukcją czaszki? Ty draniu! A jeśli to naprawdę jest Bonnie Duncan? Jak myślisz, jak to przyjmie jej matka?
W odpowiedzi usłyszał tylko trzask zamykanych drzwi.
Wyspa na Pacyfiku, na południe od Tahiti- Trzy dni później
Przyjeżdża.
Serce Eve waliło mocno i głośno. Była zbyt podekscytowana. Odetchnęła głęboko, obserwując lądowanie helikoptera. Wielki Boże, ktoś by pomyślał, że czeka na anioła Gabriela. A to był tylko Joe.
Tylko? Przyjaciel, towarzysz niedoli, opoka jej życia. Nie widziała go od ponad roku. Nic dziwnego, że była podekscytowana.
Drzwi się otworzyły i Joe wysiadł z helikoptera. Ależ był zmęczony! Na jego twarzy, jak zwykle, nie malowały się żadne emocje, ale Eve dobrze tę twarz znała. Przy okazji tysiąca różnych sytuacji widziała każde spojrzenie i każde zaciśnięcie ust, które wiele jej mówiły. Teraz po obu stronach ust widniały nowe bruzdy.
Tylko oczy pozostały takie same.
I uśmiech, który rozświetlił jego oczy, gdy ją zobaczył…
– Joe…
Eve wtuliła mu się w ramiona. Przy nim czuła się bezpiecznie, pewnie, swojsko. Świat znowu był w porządku.
Przez chwilę trzymał ją w uścisku, a potem odsunął i przelotnie pocałował w czubek nosa.
– Masz piegi. Używałaś kremu z filtrem?
Po dwóch minutach, mimo rocznego rozstania, wszystko wróciło na swoje miejsce. Uśmiechnęła się, poprawiając okulary na nosie.
