
W dzień po przyjeździe Carla wszyscy udali się na potańcówkę w ratuszu. Carlo, biorący udział w tańcach, całą uwagę skupił na opanowaniu nie znanych mu kroków, nie chcąc okazać się niezgrabiaszem.
– Nie krzyw się. To nie moja wina – usłyszał czyjś figlarny głos. Uniósł wzrok i ujrzał Serene, tańczącą naprzeciw niego. W jej oczach lśniły wesołe iskierki.
– O co ci chodzi? – spytał ostro.
– Strasznie się krzywisz.
– To koncentracja. Nigdy przedtem nie tańczyłem czegoś takiego.
– Nikt nie zwróci uwagi, jeśli popełnisz kilka omyłek.
– Nie mam zamiaru się mylić.
W tej samej chwili zderzył się z żoną pastora, rosłą, roześmianą kobietą. Oboje kurczowo wczepili się w siebie, podczas gdy Serena aż zgięła się ze śmiechu. Carlo poczuł się urażony w swej godności. Nagle jednak spostrzegł, że również się śmieje. Wesołość innych udzieliła się również jemu. Gdy muzyka ucichła, wyplątał się z ramion swej partnerki, przeprosił i pozwolił, by Serena zaprowadziła go do zaimprowizowanego baru. Oboje zamówili zimne drinki i wyszli na świeże powietrze.
Dziewczyna nadal chichotała.
– Opowiem o tym Louisie – uprzedziła. – Następnym razem, gdy się pokłócicie, będzie mogła wyobrazić sobie swego ojca w objęciach biednej pani Brady.
– Nigdy się z nią nie kłócę – odparł zgodnie z prawdą.
– O tak, oczywiście – zaśmiała się. – Założę się, że nieszczęsne maleństwo musi robić wszystko dokładnie tak, jak jej każesz.
Już miał zaprotestować, ale kilkuosobowa orkiestra znów zaczęła grać walca. Zatańczyli go razem i Serena była niczym promień wiosennego słońca w jego ramionach. Poczuł ból, ściskający mu serce. Nie pojmował dlaczego, lecz gdy muzyka ucichła, przeprosił gwałtownie i odszedł. Nie tańczył już więcej z Sereną tego wieczoru i przed pójściem spać przezwyciężył pokusę, by stanąć pod drzwiami Louisy i sprawdzić, czy dziewczyna wymienia szeptem sekrety z jego córką.
