
Pewnego dnia niespodziewanie wszedł do salonu i zastał tam Serenę odzianą we wspaniałą suknię ślubną. Otaczał ją wianuszek pełnych podziwu przyjaciółek.
– Widzisz, mówiłam, że będzie dobra – powiedziała Dawn. – Wyglądasz w niej cudownie.
Carlo domyślił się, kto wybrał tę wyrafinowaną kreację i w duchu zapłonął oburzeniem i niechęcią. Lśniący biały atłas i koronki, błyszczący diadem na głowie – to wszystko nie pasowało do Sereny, która powinna pójść do ślubu w skromnej sukni, z dzikimi różami we włosach i jednym, samotnym kwiatem w dłoni.
– To nasz ślubny prezent – poinformowała go Dawn. – Kosztowała majątek, ale jest prześliczna, prawda, kochanie?
Jak zwykle postawiła go w sytuacji bez wyjścia.
– Stroje to twoja działka – odparł szybko. – Ja się nie wtrącam – usłyszał, że jego głos brzmi wyjątkowo nieprzyjemnie i rumieńce na twarzy Sereny tylko to potwierdziły. Była wyraźnie zakłopotana.
– Nie mogę tego przyjąć – powiedziała pospiesznie.
– Poza tym nasz ślub będzie bardzo cichy i skromny.
– Bzdura, musisz ubrać się stosownie do okazji – nalegała Dawn. – Obie z Louisa też będziemy wystrojone.
– Obie? – powtórzył wbrew własnej woli Carlo.
– Ja mam być świadkiem, a Louisa druhną.
– Jest za mała – oznajmił stanowczo. Ale Louisa pociągnęła go za rękę.
– Mam taką śliczną sukienkę, tatusiu – zwierzyła się radośnie.
Wzruszył ramionami. Nieprzyjaciel stanowczo przewyższał go liczebnie.
– Oczywiście, jeśli tak bardzo tego chcesz – odwrócił się, marząc o tym, by uciec jak najdalej od Anglii i tego nieokreślonego „czegoś", coraz bardziej zagrażającego jego dalszej spokojnej egzystencji.
Poczuł, jak czyjaś dłoń dotyka jego ramienia. Odwrócił się i ujrzał młodą, krępą kobietę o miłej, przeciętnej twarzy i płomiennorudych włosach.
– Jestem Patricia – oznajmiła. – Chciałam tylko powiedzieć, że będę miała oko na Louisę i zabiorę ją stamtąd, gdyby poczuła zmęczenie albo zaczęła się nudzić.
