
Następnego ranka zadzwonił do biura. Po pełnej napięcia rozmowie stanął przed całą rodziną i oświadczył, że kłopoty w pracy zmuszają go do natychmiastowego powrotu do Rzymu, i to razem z Louisa i Dawn.
– Ależ Louisa ma być druhną na ślubie! – zaprotestowała Liz.
To było najgorsze – musiał pozbawić swe ukochane dziecko wyczekiwanej przyjemności. Ale bał się coraz bardziej. Nie ważył się zostać ani chwili dłużej w towarzystwie Sereny, nie mógł też jednak zostawić tu Louisy. Najprawdopodobniej nigdy by już jej nie zobaczył. Obstawał przy swoim postanowieniu, nie zważając na oburzenie i rozczarowanie całej rodziny.
Najgorsze, palące niczym ogień wspomnienie pozostawiło po sobie ostatnie spotkanie z Sereną. Wpadła do pokoju w momencie, gdy był tam sam i zamknęła drzwi, aby nikt nie przeszkodził im w rozmowie.
– Pozwól przynajmniej, żeby Louisa została do ślubu. Co to dla ciebie za różnica?
– Decyzja należy do mnie – odparł spokojnie.
– Wyjeżdżam i zabieram ze sobą moją żonę i córkę.
– A jeśli Dawn nie zechce jechać?
– Pojedzie.
Serena odetchnęła głęboko.
– To najbardziej apodyktyczne, tyrańskie…
– Nic o mnie nie wiesz! – krzyknął. Z najwyższym trudem udało mu się opanować. – Powiedziałem już, firma ma kłopoty i jestem potrzebny na miejscu.
A moja rodzina jedzie razem ze mną.
– Kłopoty, akurat! – wybuchnęła. – Gdyby rzeczywiście coś się stało, to oni zadzwoniliby do ciebie, a nie czekali na twój telefon.
Wiedział, że Serena ma rację. Powinien był pojechać do miasteczka i stamtąd zadzwonić do swego asystenta i polecić, aby wezwali go do powrotu. Był jednak zbyt zdesperowany, by działać rozważnie. Rzekł zatem chłodnym, oficjalnym tonem:
– Nie wypowiadaj się w sprawach, na których się nie znasz.
– Jakież to wygodne – zadrwiła. – Jak miło zaaranżować sobie życie dokładnie według własnych pragnień.
