
— W czasie wojny secesyjnej nie istniała daktyloskopia — odparł Lewis.
— Ostatni weteran wojny secesyjnej zmarł ładnych kilka lat temu — powiedział Hardwicke. — Zdaje się, że był doboszem, synem pułku Konfederacji. To musi być jakaś pomyłka.
Lewis potrząsnął głową.
— Sam tak myślałem, kiedy mnie tam wysyłali.
— Dlaczego pana wysłali? Czy wywiad zajmuje się takimi sprawami?
— Zgadzam się, to trochę niezwykłe — odrzekł Lewis. — Ale było tyle hipotez…
— Na przykład nieśmiertelność.
— Owszem, przyszło nam i to na myśl. Ale to nie było najważniejsze dla nas. Głównie zajmowaliśmy się tym dziwnym budynkiem.
— Ale wywiad…
Lewis wyszczerzył zęby w uśmiechu.
— Zastanawia się pan, dlaczego nie naukowcy. Logicznie myśląc, tak powinno być. Jeden z naszych ludzi wdepnął w to przypadkiem. Był na urlopie w Wisconsin. Niezupełnie w tym rejonie, jakieś sześćdziesiąt kilometrów dalej. Coś usłyszał, ktoś mu o tym przypadkiem napomknął, więc zaczął węszyć. Dużo się nie dowiedział, ale wystarczyło, żeby zacząć coś podejrzewać.
— Dziwi mnie — powiedział Hardwicke — jak człowiek mógł przeżyć sto dwadzieścia cztery lata w jednej miejscowości i nie stać się legendą, kimś sławnym na cały świat. Czy pan sobie wyobraża, co to za gratka dla dziennikarzy?
— Ciarki mnie przechodzą, jak o tym pomyślę — przyznał Lewis.
— Nie odpowiedział mi pan.
— Dość trudno to wytłumaczyć. Trzeba znać okolicę i jej mieszkańców. Południowo-zachodnia część Wisconsin leży w widłach dwóch rzek: Missisipi od zachodu i Wisconsin od północy. Z dala od brzegów rozciągają się prerie, żyzna ziemia, zamożne farmy i miasta. Ale nie opodal rzek teren jest nierówny i górzysty: wysokie wzniesienia, stromizny, głębokie wąwozy i urwiska. Niektóre zakątki przypominają zatoki otoczone ze wszystkich stron, odgrodzone od świata. Nie ma dobrych dróg, a w małych, prymitywnych farmach mieszkają ludzie, których więcej łączy z pierwszymi osadnikami sprzed stu lat niż z wiekiem dwudziestym.
