
— Widać, że nie byliście jeszcze w naszej stołówce — odparł ze śmiechem Ziemianin. — Ale nie martwcie się, robimy co możemy, aby nie otruć gości. — Przerwał i wyjaśnił czym prędzej, że to był żart, a dania w stołówce są całkiem znośne i że otrzymał pełne informacje na temat diety Cha.
Ona jednak prawie go nie słuchała — patrzyła z uwagą na zieloną półkulę, która zaczęła właśnie wypuszczać nibynóżki, po czym z kolei smuklała, aż osiągnęła jej wzrost. Zmieniła też barwę, przybyło na niej oliwkowych kropek i ukazały się nagle połyskujące wilgocią oczy. Po chwili wypączkowała jeszcze kilka kończyn, aż ostatecznie przypominała ulepioną niezdarnie z gliny figurkę dziecka jej gatunku. Sommaradvanka poczuła wzbierające mdłości, jednak ciekawość okazała się silniejsza, nie odwróciła więc wzroku. Jeszcze chwila, a szczegóły nabrały wyrazistości, pojawiło się nawet ubranie z torbą u pasa i przed Cha Thrat stanęła druga, identyczna właściwie z nią sommaradvańska samica.
— Skoro nasi przyjaciele zamierzają już teraz, w chwilę po przybyciu, zabrać cię do jadalni, gdzie posilają się przedstawiciele wielu różnych gatunków, nie od rzeczy będzie chyba złagodzić ich brak taktu podporą w postaci jakiejś znajomej sylwetki — powiedziało owo coś obcym na szczęście głosem. — Przynajmniej tyle mogę zrobić dla kogoś nowego.
— Tak naprawdę doktor Danalta nie jest wcale aż takim altruistą — powiedział ze śmiechem Braithwaite. — Pochodzi z rasy, która rozwinęła daleko idącą sztukę mimikry i, jak sama widziałaś, w kilka chwil potrafi odtworzyć kształt prawie każdej istoty. Przypuszczamy, że każdy nowy gość Szpitala jest dla niego w pewien sposób wyzwaniem…
— Tak czy owak, jestem pod wrażeniem — stwierdziła Cha.
Spojrzała w oczy obcemu, który wyglądał tak samo jak ona, i z uznaniem pomyślała o trosce, jaką wykazał ojej kondycję psychiczną. Tak postąpić mógł tylko uzdrawiacz władców, a może nawet sam władca. Odruchowo okazała mu gestem szacunek i dopiero poniewczasie pojęła, że nikt tutaj nie zrozumie, co właściwie zrobiła.
