
— Jesteśmy na miejscu — odezwał się nagle Braith — waite i skręcił w szerokie, pozbawione drzwi wejście. Ominął Nidiańczyka oraz dwie wychodzące akurat srebrne futrzaste gąsienice i zaśmiał się, gdy przeprosiły go za swą niezdarność.
— Tam mamy wolny stolik! — Pokazał palcem.
Cha Thrat nie mogła przez chwilę nawet się ruszyć, patrzyła tylko na obszerne wnętrze ze stojącymi na lśniącej podłodze stołami i rozmaitymi siedziskami, dostosowanymi do potrzeb wszelkich obecnych stworzeń. To było o wiele gorsze niż wszystko, czego doświadczyła na korytarzu, gdzie spotykała obcych po dwóch lub trzech. Tutaj kilka różnych istot zajmowało niekiedy miejsca przy jednym stoliku, łącznie zaś były tych istot całe setki.
Niektóre przerażały swoją siłą i naturalnym, wykształconym ewolucyjnie orężem, inne napełniały odrazą za sprawą barwy, typu narośli albo śluzowatości skóry. Wiele wyglądało jak potwory z legend i koszmarnych snów Sommaradvan. W paru przypadkach ciało i rozmieszczenie kończyn były tak osobliwe, że Cha prawie własnym oczom nie wierzyła.
— Tędy — rzucił Danalta, który czekał, aż Cha przestanie drżeć. Poprowadził ją do stolika zajętego już przez oficerów, który jednak nie pasował nijak ani do potrzeb Ziemian, ani trójki zewnątrzszkieletowych istot, które właśnie go zwolniły.
Uzdrowicielka zastanawiała się, czy kiedykolwiek zdoła przywyknąć do życia i pracy przy tak marnej organizacji. Jej pobratymcy zawsze bardzo dbali, aby każdy zajmował przypisane mu miejsce.
— Potrawy wybiera się i zamawia podobnie jak na statku — wyjaśnił Braithwaite, gdy siadła ostrożnie na nader niewygodnym krześle i włączyła w ten sposób wyświetlacz z menu. — Wpisujesz swój typ fizjologiczny i dostajesz listę dostępnych potraw. Niemniej trzeba pewnej orientacji, aby dobrać sobie coś naprawdę smacznego, a nie tylko pożywną breję. Niebawem się tego nauczysz, ale na razie zamówię za ciebie.
