Jego twarz przybierała czasami ten senny wyraz, który często kojarzono albo z geniuszem, albo ze skłonnością do płatania figli. W rzeczywistości Dennis był odrobinę zbyt leniwy, żeby być tym pierwszym i miał nieco zbyt dobre serce, żeby ulegać temu drugiemu. Miał falujące, brązowe włosy i również brązowe oczy, teraz nieco przekrwione od pokera, który wczoraj przeciągnął się do późnych godzin nocnych.

Po wykładzie, gdy tłum sennych pracowników naukowych rozpraszał się w poszukiwaniu ustronnych kątów, w których można by się było zdrzemnąć, Dennis stanął przed instytutową tablicą informacyjną w nadziei, że zobaczy na niej ogłoszenie jakiegoś innego centrum badawczego, zajmującego się zevatroniką.

Oczywiście niczego tam nie znalazł. Instytut Saharański był jedynym, w którym prowadzone były naprawdę zaawansowane prace nad efektem zev. Powinien to wiedzieć. Wiele kroków naprzód w tej dziedzinie zapisywał na swoje konto. Kiedyś — sześć miesięcy temu i dawniej.

Gdy sala konferencyjna opustoszała niemal całkowicie, Dennis zobaczył wychodzącą Gabrielę. Szczebiotała, wspierając się na ramieniu Bernalda Brady’ego. Brady był nadęty, jakby przed chwilą zdobył Mount Everest. Najwyraźniej zadurzył się po uszy.

Dennis życzył mu szczęścia. Będzie miło, jeśli uwaga Gabrieli przez chwilę skupi się na kimś innym. Gabbie była bardzo kompetentnym naukowcem, oczywiście. Jednak jednocześnie była nieco zbyt opiekuńcza i nieustępliwa, żeby Dennis mógł się przy niej odprężyć.

Spojrzał na zegarek. Nadszedł czas przekonać się, czego chce Flaster. Dennis wypiął pierś. Postanowił, że nie da się zbyć żadnymi dalszymi wykrętami. Flaster odpowie na kilka prostych pytań albo on zrezygnuje z pracy!


* * *

— Ach, Nuel! Proszę wejść!

Marcel Flaster, srebrnowłosy i trochę zbyt tęgi, podniósł się zza błyszczącej, pustej przestrzeni swego biurka.



6 из 317